poniedziałek, 10 września 2018

Kres fazy cz. II

Peck nie wiedział, co się dzieje. Zastanawiał się, jaki jego dowódca miał plan. Nie mieli szans na ucieczkę, nawet Murdock nie mógł dyskretnie oddalić się, a on miał najwięcej do stracenia. Po złapaniu go z nimi mógł trafić do więzienia, albo szpitala psychiatrycznego, z którego nie mógłby go wyciągnąć.  
- To koniec Smith. Każ poddać się swoim ludziom. 
Sierżant i kapitan nie mając wyjścia, opuścili pojazd, ściskając broń. Ścigający ich pułkownik ucieszył się na widok pilota, uśmiechając się złośliwie. 
- No proszę. Nareszcie złapałem cię Murdock z Peckiem, Smithem i BaracusemTeraz trafisz z nimi do pudła. Już nie będziesz mógł schronić się w szpitalu.  
Dowódca Drużyny A  zamarł. Współpraca kapitana z nimi została ujawniona wiele lat wstecz, kiedy było to bezpieczne i nie czekały go żadne konsekwencje. Decker o tym wiedział. Zaczął się gubić. Patrzył, jak jego ludzie rzucili karabin nie mając w tamtej chwili innego wyjścia. Mogli później spróbować wydostać się z kłopotów. Po chwili poszedł w ich ślady, zastanawiając się nad całą sytuacją. 
Jego rywal sugerował, że jego pilot przebywał w szpitalu psychiatrycznym, z którego został zwolniony po szesnastu latach, a nawet założył rodzinę Tak samo Buźka i B.A. znaleźli swoje połówki i zostali rodzicami. W razie  kłopotów ze stróżami prawa, powoływali się na to, że byli wojskową jednostką specjalną. Czasem wystarczyło przedstawić się jako Drużyna A.   
Był odpowiedzialny za swoich ludzi, a wszystko wskazywało na jednoDecker miał zamiar ich aresztować. Musiał wymyśleć plan ucieczki z więzienia. Znowu.  Wiedział, że tym razem czekało go dużo trudniejsze zadanie, ponieważ znano ich z ucieczek. Chciał tylko wiedzieć, czy odniósł dobre wrażenie, że nie otrzymali oczyszczenia z zarzutów, chociaż brakowało w tym logiki. Zostali skuci i wsadzeni do jednego z zielonych samochodów.  
 Nagle usłyszeli ryk silnika. Ze strony z której nadjeżdżały  samochody.  Nikt nie przewidział problemów, stojąc na drodze publicznej pod miastem. Hannibal rozważał wykorzystanie sytuacji i spróbować uciec, ale według szacunku wyszło mu zbyt duże ryzyko. Buźka i B.A. obserwowali go. Martwili się. Bosco zbliżył się do Templetona i szeptem zapytał z zatroskanym głosem. 
- Co się dzieje z Hannibalem? Wygląda na zdezorientowanego. 
- On nas nie wy... 
- Zamknijcie się  krzyknął Roderick.- Wiem, że coś kombinujecie.  
Spojrzał na strażników. 
-Jeśli choćby drgną, zastrzelcie ich. 
Samochody były coraz bliżej. Można było dostrzec, że to dwie czarne terenówki. Smith zarejestrował drobne rzeczy, które mówiły, że coś jest nie tak. Rozpoznał je. Stały pod magazynem, kiedy prowadzono go do środka.  
- Padnijcie. 
W tym samym czasie rozległy się strzały z karabinu. Żołnierze szybko otworzyli ogień. Buźka i Murdock wyskoczyli z pojazdu i próbowali ukryć się za nim. Baracus i Smith po szybkim opuszczeniu wozu, czołgali się w stronę pobliskich skał, co utrudniały im skute kajdankami ręce, chociaż cieszyli się, że zrobiono to z przodu.  
Ludzie wokół nich padali. Przed oczami pułkownika przewijały się obrazy z Wietnamu. 
 Niewiedział dlaczego wróciły w tamtym momencie. Dostrzegł ciało żołnierza, podbiegł i zabrał mu karabin Nie miał zamiaru poddać się bez walki i zaczął strzelać Napiął wszystkie nerwy. Czuł strach, ale nie pozwalał, aby zapanował nad nim. Musiał wydostać siebie i swoich ludzi z tej trudnej sytuacji. Nagle usłyszał przerażający i żałosny krzyk swojego pilota.  
-Nieee...Buźka?... 
Poczuł zimny dreszcz, wyczuwając w tonie krzyczącego rozpacz i przerażenieInstynktownie odwrócił się w stronę głosu, poszukując swojego kapitana. 
- Obudź się Buźka... Buźka...Proszę. 
Po chwili dostrzegł znajomą czapkę bejsbolową , a następnie postać w skórzanej kurtce, pochylającą się nad rozciągniętym ciałem. Znowu poczuł zimny dreszcz na plecachNa ziemi leżała jego prawa ręka. Ruszył pędem w jego stronę, odrzucając broń. Uklękną przy pilocie. Pochylając się z przerażeniem nad blondynem, zobaczył ogromną szkarłatną plamę na brudnej marynarce i koszuli, którą jego przyjaciel uciskał. 
-Co się dzieje? 
-Buźka oberwał. Dwie kule. 
Nachylił się nad głową rannego. 
-Trzymaj się Buźka. Wyciągnę nas z tego. 
Peck uśmiechną się  
- Nie tym razem Hannibal. 
Ledwo mówił, raczej kasłał. 
-Tym... tym ra... razem...to koniec. 
W kącikach ust pojawiły się stróżki krwi, które oznaczały krwawienie wewnętrzne. Oszust miał racjęTym razem był to koniecSmith nie chciał się do tego przyznać. Emocje brały nad nim górę, a jego oczy zaszkliły się. 
- Nie pozwalam ci poruczniku. To rozkaz. 
-Tym razem muszę... 
Templeton zaczął kasłać, a Hannibal złapał go za rękę, a głos mu drżał. 
- Porządku Buźka. I tak wykonałeś świetną robotę przez te wszystkie lata. Cieszę się, że dołączyłeś do mojej jednostki poruczniku.  
Próbował uśmiechnąć się, ale łzy spływały po jego policzkach.  
-Bez ciebie nie byłoby Drużyny A. 
-To nie... 
- To prawda. Ty i Murdock jesteście świetnym duetem. Jesteś  niezłym oszustem, potrafiłeś oszukać nawet siebie, ale mnie już nie. 
Słyszał szloch kapitana i coraz ciężki oddech umierającego. 
- W porządku Buźka. Przykro mi, że nieoszyściłem naszych nazwisk. Jestem z ciebie dumny synu. 
Pilot nachylił się nad przyjacielem. 
- Dziękuję, byłeś dla nas, dla mnie, wyciągałeś mnie ze szpitala... Kochamy cię Buźka. 
Peck uśmiechnął się. Poczuł błogi spokój. Zawsze bał się, że umrze w samotności i nikt o nim nie pamiętałby. Mimo miejsca i okoliczności miał przy sobie dwie bliskie osoby.  
-Buźka? 
H.M. spoglądał na nieruchome ciało człowieka, który był dla niego jak brat. 
- Proszę nie... 
Rzucił się na ciało, wyjąc z rozpaczy. 
- Nie zostawiaj nas. 
Serce pułkownika zostało złamane, a kolejne łzy spłynęły po jego policzku. Puścił rękę Templetona, która bezwładnie opadła. Wplątywał ich w niebezpieczne sytuacje, ale nigdy nie chciał, aby któryś z nich zginą. Specjalnie popychał Buźkę do granic jego możliwości, wiedząc że właśnie tego potrzebował.  Pokonując je, udowadniał sobie swoją wartość. Żałował, że nigdy mu nie powiedział, jak wartościowym był człowiekiem i członkiem drużyny i że nie potrzebował do tego pięknej kobiety, drogich ubrań, czy samochodów. Powściągliwa natura żołnierza nie pozwalała mu na to, czego zaczął żałować.   
Kula przeleciała koło jego głowy, co go otrzeźwiło. Wokół nadal napastnicy i wojskowi strzelali do siebie, a oni znajdowali się pomiędzy nimi. Stracił jednego człowieka, ale miał jeszcze dwój, których życie było zagrożone i musiał zrobić wszystko, aby ich ochronić. Wziął głęboki wdech, aby zapanować nad emocjami. Musiał zabrać Murdocka w bezpieczne miejsce. Położył rękę na jego ramieniu. 
- Kapitanie 
Zero reakcji, co go nie zdziwiło.  
- Kapitanie? 
Zero odzewu. Musiał coś zrobić, więc potrząsną mężczyzną. Pilot podniósł głowę i patrzył na dowódcę pustym wzrokiem. 
- Musimy iść. Znaleźć B.A-ia. 
- A co z Buźką? 
Poczuł silną potrzebę pocieszenia złamanego pilota, przytulenia go, ale to nie było ani miejsce, ani czas. Musiał odciągnąć go od zwłok. 
- Zaraz wrócimy po niego, jak tylko pozbędziemy się tego.  
Podniósł ręce, pokazując kajdanki, ale to nie one go zniewalały w tamtej chwili, tylko poczucie winy.  
- Obiecuję, że go nie zostawimy... Wychodzimy stąd wszyscy, albo nikt.  
Rozejrzał się dokładnie w poszukiwaniu broni. Dostrzegł  dwa pistolety leżące przy ciałach dwóch mężczyzn. Podsze do nich i je zabrał. Jeden z nich wcisną w ręce roztrzęsionego pilota.  
Idź do furgonetki i zdejmij kajdanki, a ja znajdę B.Aia, a potem znajdziemy samochód i uciekniemy, obiecuję. Zaufaj mi. Będę cię osłaniał. 
Patrzył, jak kiwał głową. Rozumiał jego niechęć do porzucenia martwego przyjaciela, bo czuł to samo. Wszystko powoli zaczęło go przerastać. Pierwszy raz od wielu lat zobaczył wietnamską dżunglę, a otaczały go ciała kolegów. Krzykną z przerażenia. 
Nieee... 
Otrząsną się z makabrycznych wspomnień.  Starał się uspokoić. Przybrał kamienną twarz i zaczął udawać twardego dla swojej drużyny.  
To rozkaz kapitanie. 
Ponownie spojrzał w puste oczy Murdocka Kolejne kule przeleciały koło nich. Złapał go za kurtkę i pociągną, padając na ziemię. Z wysiłkiem zaciągną go w stronę pustego samochodu. Potrząsnął nim, warcząc. 
- Kapitanie. Obiecałem, że wrócimy po niego.  
Pilot kiwną głową, ściskając pistolet. Wiedział, że mimo skrępowanych rąk, mógłby spokojnie go  użyć. Rozejrzał się, a po chwili dostrzegł czarno- szarego vana z czerwonym paskiem.  
-Osłaniam cię kapitanie.  
Smith stał się czujny i obserwował otoczenie, kiedy jego człowiek biegł do pojazdu. Napiął wszystkie mięśnie, nie mógł pozwolić na stracenie kolejnego człowieka. Starał się wyrzucić z głowy obraz bezwładnego ciała blondynaPo tym, jak Murdock wpadł do Vana, zaczął szukać wzrokiem czarnoskórego przyjaciela, owieszonego złotem.  
- B.A? B.A? 
Serce zaczęło mu bić szybciej, a ręce pocić. Coraz bardziej denerwował się. Wokoło panował chaos. Nie pierwszy raz znajdowali się w takiej sytuacji. Musiał uzbroić się w cierpliwość. 
- B.A.  
Ruszył za kolejny samochód, gdzie leżało ciało w mundurze. Zabrał trupowi karabin i z trudem zaczął strzelać. Zastanawiał się, gdzie ukrywał się BaracusNagle zapadła cisza. Jeden z czarnych SUV-ów dymił się, a z niego wysiadły dwóch mężczyzn z podniesionymi rękoma, a żołnierze otoczyli ich. Sprawdzili też drugi pojazd, który już płoną. Do przestępców zbliżył się Crane, prawa ręka Deckera, którego nigdzie nie widział, ale to go nie obchodziło  
Hannibal przechodził przez pobojowisko, nie zwracając uwagi na ludzi kręcących . Nagle dostrzegł czarną, masywną rękę wystającą za zielonego samochodu. Pobiegł w tym kierunku  Sierżant leżał na plecach, a pułkownika przeszył dreszcz przerażenia. Padł obok Baracusa i odwrócił go. Patrzył w puste oczy. Łzy znowu spływały mu po policzkach. Przyłożył palce prawej ręki do tętnicy szyjnej., próbując wyczuć puls. Wiedział, że to bezsensowne. Dziura po kuli po środku czoła nie dawała żadnej szansy na przeżycie.  
- Przepraszam B.A. 
Zaczęło brakować mu powietrza. Panika ogarniała go. 
- To moja wina. Gdybym nie wkurzył tych braci, tylko ten jeden raz odpuścił sobie, to byście z Buźką... Przepraszam. Zawiodłem na całej linii. 
Czuł się winny. Wiedział, że zadzierają z niebezpiecznymludźmi i nie przejmował się tym. To nie był pierwszy taki przypadek. Zawsze kiedy faza krążyła w żyłach nikt i nic nie mogło go powstrzymać. Nigdy nie myślał, że jego szaleństwo doprowadzi jego ludzi do śmierci. Wierzył, że byli niepokonani. Nie raz balansowali na krawędzi życia i śmierci, ale dzięki wspólnym wysiłkom i powierzeniu życia pozostałym, udawało się im przetrwać. Zdawało mu się, że ma na uwadze dobro chłopców, ale zaczął w to wątpić.  
W jego głowie pojawiła się dziwna myśl, że dla nich byłoby lepiej, gdyby zostali w więzieniumoże na rozprawie ktoś by ich wysłuchał. Nawet jeśli nie, to odsiedzieliby swoje i wyszli na wolność i każdy poszedłby w swoją stronę. Wtedy wiedliby spokojną egzystencję. Nie narażaliby się dla fazy i dobra pokrzywdzonych i niewinnych. Nie walczyliby z tymi, co myśleli, że wszystko im wolno, czy to z powodu władzy, pieniędzy, albo obu. Czy cena była warta tego wszystkiego, co robili przez te wszystkie lata?  
Kosztowało to życie dwóch dobrych facetów, weteranów wietnamskich, zhańbionych, mimo wykonywania rozkazów. Jedynie, co chcieli, to normalnego życia i posiadania rodziny, a to im odebrano tak łatwo. Służyli wiernie swojemu krajowi, stając się lepsi i panując nad sobą pod jego dowództwem. A jak ten odpłacił się? Mieli do wyboru więzienie, albo ucieczkę.  
Istniała jeszcze jedna możliwość. Po dobrowolnym opuszczeniu więziennych murów każdy powinien pójść w innym kierunku, z dala bójek, strzelanin, oszust, sztuczek, kłopotów oraz fazy. Z dala od niego. Mogliby opuścić kraj i zaszyć się tam, gdzie ich nikt nie znał.  Nie zasługiwali za ciągłe oglądanie się za siebie. Ciągły strach, że pościg jest tuż za nimi. Musieli ciągle zachowywać czujność. Jeśli ją tracili, mieli na karku kłopoty w postaci Lyncha lub Deckera 
Z zamyślenia wyrwało go uczucie ręki na jego prawym barku. Instynktownie obezwładnił osobę, która naruszyła jego przestrzeń osobistą. Złapał nieznajomego za rękę, przerzucił i przycisną  kolanami do ziemi. 
- Spokojnie Smith. 
Rozpoznał „napastnika”. Pod nim leżała prawa ręka Deckera kapitan CraneW jego oczach zobaczył podziw.  
-No,no i to w kajdankach. 
Zapomniał o obręczach krępujących jego ruchy. 
- Odpłynąłeś Smith... 
Kapitan zawahał się.  
- Widziałem ciało Pecka... 
Pułkownik przycisną go mocniej do ziemi. 
- Przykro mi. Straciłeś ludzi. 
Zobaczył szczery żal w jego oczach, więc wstał z niego, a nawet pomógł mu się podnieść. Warkną. 
-Gdzie Decker?  
Żołnierz spuścił wzrok. 
- Nie żyje. 
Ta wiadomość ucieszyła go Pamiętał, jak Decker w Wietnamie wysadzał szpitale, albo tego nie dbał o ludzi oddanych pod jego dowództwo. Wreszcie za to zapłacił. Wyciągną ku czarnoskóremu mężczyźnie skute ręce.  
- Wiem, że nie mam do tego prawa, ale proszę o dwie rzeczy. O zabranie Murdocka do szpitala. Teraz będzie tego potrzebował, jak nigdy wcześniej. Zapomnijcie, że tu był... 
- A druga? 
- O godny pochówek dla Buźki i B.A-ia...to znaczy Pecka i Baracusa 
Starał się trzymać godną postawę, ale ciężko mu było. Jego duch został złamany 
- Spokojnie. Możecie odejść. I tak straciłeś połowę jednostki... 
głosie Crane’a było słychać współczucie, a nie oczekiwaną drwinę, co zaskoczyło Hannibala. Patrzył, jak mężczyzna położył ręce na biodrach. 
- Zmieńcie koło w vanieChcecie zabrać ciała i sami ich pochować? Wiem, że wy oddacie im najlepiej należna im posługę. 
żczyzna nie musiał kończyć. Przez przedstawicieli prawa byli uznani za przestępców.  Mogli się postarać, aby nikt nie dowiedział się o pogrzebie dwójki członków Drużyny A i nikt życzliwy by się nie zjawił. Nawet gdyby ich gdzieś zakopali, zrobiliby to z czcią i szacunkiem.  Smith czuł wdzięczność dla Crane’a 
- Dziękuję 
Oczy znowu mu się zaszkliły. Kapitan udawał, że tego nie widział. Rozumiał targające „przestępcą” emocje. W takiej sytuacji nawet najtwardsi potrafili zostać złamani. Ci, którzy posiadali serce. Według niego jego dowódca Roderick Decker gonie posiadał, a przywódca Drużyny A nie raz pokazał, jak zależało mu na podwładnych. Wyciągną klucze od kajdanek i uwolnił aresztowanego zbiega. Ten wyciągną rękę i uścisnęli sobie dłonie. 
- Nigdy ci tego nie zapomnę kapitanie.  Zabieram wszystkich chłopców. Rozumiem, że nikt nie odwiedzi Murdocka w szpitalu.  
Odwrócił się i ruszył w stronę vana. Z pojazdu wyskoczył jego pilot.  
-Co teraz pułkowniku? 
-Wymiana koła, zabieramy Buźkę i B.A -ia... 
Szczupły brunet rozejrzał się. 
- A gdzie wielkolud? 
Smith zapomniał, że on jeszcze nie wiedział. Tylko w gardle zrobiła mu się ogromna gula i nie mógł wydobyć słowa. 
On ... 
Nie musiał kończyć. Jego przyjaciel, przybrany syn wszystko wyczytał z jego twarzy. Z rozpaczy padł na kolana, wyjąc z bólu.  Nagle Hannibal poczuł ogromną ochotę, aby go przytulić do swojej klatki piersiowej w ochronnym geście i pozwolić opłakać zmarłych, ale to nie był ani czas, ani miejsce.  Musieli uciekać, zanim Crane zmieni zdanie. Złapał go ramiona i zmusił, aby ten patrzył na niego. Zdawał sobie, że w tamtej sytuacji było to zbyt brutalne, ale musiał ocalić ostatniego z chłopców.  
- Teraz musimy się stąd wydostać.  
- Po co? 
Te słowa przeszyły jego serce. Czuł, że pilot wraz ze śmiercią przyjaciół stracił chęć do życia. Nie mógł długo czekać, bo w każdej chwili mogli mieć towarzystwo. Musiał do tego czasu zabrać całą trójkę. Z ogromnym wstydem i niechęcią zastosował brudne zagranie. 
-Buźka i B.A. nie chcieliby, abyśmy zostali schwytani. 
Czuł do siebie odrazę. Brakowało mu siły, aby to ciągnąćNajchętniej oddałby się w ręce władz, ale musiał pozostać silny dla Murdocka i dla niego walczyć. 
- Już nas mają. 
-Crane puścił nas wolno 
- I? 
Wziął głęboki wdech. Postarał się, aby jego głos był najtwardszy, jak tylko potrafił. 
- To rozkaz kapitanie 
Przeszedł w tryb żołnierza i dowódcy, który nie przyjmował odmowyDawno tego nie robił. Nie musiał wymuszać posłuszeństwa na swoich podwładnych. Robili to, co chciał, tylko czasem trochę protestowali. Tak ostro ustawiał Buźkę po tym, jak dołączył do jego jednostki i miał problem z autorytetem. Robił to na zmianę z troską o młodego i zagubionego podwładnego. Wiedział, że ranił pilota, ale robił to dla jego dobra 
Zagonił go do roboty. Ku zaskoczeniu jeden z żołnierzy Deckera pomógł im zmienić koło, a zastępca Deckera przyniósł im wody. Po uruchomieniu furgonetki przenieśli na tylne siedzenia z ogromnym szacunkiem i ściśniętymi gardłami z rozpaczy. Oboje usiedli z przodu. Hannibal zajął miejsce za kierownicą. Wolał nie ryzykować, pozwalając Murdockowi prowadzić. O dziwo, gdyby znajdowali się w samolocie, to  nie wahałby się posadzić go za sterami. 
W schowku znalazł cygaro i zapalił je. Tym razem nie ukoiło jego skołatanych nerwów. Patrzył na odrętwiałe ciało ostatniego z jego chłopców. Wiedział, że znajdował się w swoim świecie. Jechał spokojnie, aby nie wzbudzić podejrzeń. Podróżowanie ze zwłokami nie należało do najbezpieczniejszych, ale nie mógłby ich porzucić.  

piątek, 31 sierpnia 2018

Kres fazy cz.I

The A team

Pułkownik Hannibal Smith

Kapitan H.M. Murdock

Porucznik Templeton Peck

Sierżant B.A. Bosco Baracus


Amy Allen 

Doktor Maggie Sullivan

Czasem jedna sekunda wystarcza,by się zakochać,
jeden nabój wystarcza, by odebrać życie,
a jeden uśmiech by zrozumieć, czym jest szczęście
Remigiusz Mróz "Nieodgadniona"              



Godny zastanowienia jest fakt, że nasi przyjaciele
prędzej umierają niż nasi wrogowie.
Winston Churchill                     

Ostatni akt jest krwawy,
Choćby cała sztuka była i najpiękniejsza:
gruda ziemi na głowę i oto koniec na zawsze 
Blase Pascal                                   



         Pułkownik Hannibal Smith siedział przywiązany do krzesła w opuszczonym magazynie na obrzeżach Los Angeles. Mimo nieciekawej sytuacji uśmiech nie schodził z jego twarzy. Jego ludzie szli z odsieczą. Wiedział, że go nie porzucą, bo razem zbyt wiele przeszli. Żałował tylko jednej rzeczy. Brakowało mu cygara między zębami, które odebrano mu po schwytaniu.
         Przyglądał się trójce mężczyzn ubranych w drogie garnitury i białe koszule. Mieli rozpięte marynarki, co pozwoliło mu dostrzec pistolety w kaburach na szelkach. Burzliwie o czymś dyskutowali. Wiedział czego się obawiali. Jego i reszty zespołu. Mieli się czym martwić. Byli najlepsi w tym, co robili. Plan nie poszedł tak, jak chciał, ale to nic straconego. To nie pierwszy raz i nie ostatni. Faza krążyła w jego żyłach. Musiał tylko poczekać na wsparcie, a wtedy pożałują, że go związali.
         Obserwował przeciwników, wyłapując informację i zapamiętując rzeczy, które mógł wykorzystać przeciwko nim. Zauważył, że nie odwracali się do siebie plecami, a to mogło oznaczać brak zaufania do siebie. Mógł w przyszłości spróbować wbić szpilę między nich i patrzeć, jak sami się wykańczają. Uwielbiał takie zagrania, a czasem uważał je za lepsze od dobrej klasycznej walki, czy strzelaniny. Złowieszczy uśmiech pojawił się na jego twarzy. W jego głowie formował się nowy plan, co powodowało jeszcze większą chęć zapalenia. Jeden z mężczyzn o blond włosach zacisną pięść i wbił mu ją w brzuch.
         - I co starcze?
         Hannibal poczuł ból, a na jego szczęście adrenalina nadal krążyła w jego żyłach. Nadal uśmiechał się. Nie mógł sobie darować złośliwości.
         - Bijesz jak panienka.
         Napastnik zirytował się .
         - Taki jesteś cwaniak?
         Szykował się do zadania kolejnego ciosu, gdy drzwi magazynu otworzyły się z hukiem, a przez nie weszło trzech mężczyzn z karabinami. Zaczęli strzelać, starając się nikogo nie trafić, tylko nastraszyć przeciwników, a przy tym dobrze się bawić. Faceci w garniturach padli na ziemię, wyciągnęli broń i próbowali strzelać do przybyłych. Smith zachowywał spokój mimo, że robiło się gorąco. Ufał swoim chłopakom. Nachylił się do przodu i z całym impetem uderzył w oparcie, przewracając krzesło wraz z nim. Pozostało mu tylko czekać, chociaż nienawidził bezczynności . Uważał się za człowieka czynu, a do tego omijała go świetna zabawa. Wolał działać, ale był unieruchomiony.
         Ciemny, przystojny blondyn z karabinem w eleganckiej niebieskiej marynarce, białej koszuli, w czerwonym krawacie i czarnych spodniach zamarł, kiedy pułkownik upadł. Poczuł przerażenie na myśl o zabłąkanej kuli, która trafiła jego dowódcę. Zerkną na swojego towarzysza po prawej stronie ubranego w białe spodnie, skórzaną, brązową, starą kurtkę z tygrysem na plecach, w granatowej czapce bejsbolowej. Patrzył jak przygryzał dolną wargę. Przeniósł wzrok na czarnoskórego, umięśnionego faceta z irokezem i złotem zawieszonym na szyi  oraz z kolczykami z piór. Patrzył, jak mocno zaciskał pace na broni. Zrozumiał, że przyjaciele obawiali się tego samego.
         Nie potrzebowali słów, aby to wiedzieć, ponieważ od lat byli przyjaciółmi,  tworzyli zgraną drużynę i potrafili porozumiewać się przy pomocy spojrzeń. We trójkę martwili się o Hannibala, ale priorytetem było obezwładnienie trójki przestępców. Zauważyli, że ich rywalom kończyła się amunicja. Od lat pełnił funkcję zastępcy Smitha, więc musiał upewnić się, że przestępcy byli unieszkodliwieni. Jego magazynek już nie zawierał kul, ale nie miał zamiaru tego przyznawać. Musiał ocalić dowódcę.
         - Ręce do góry.
         Wraz z towarzyszami celował w trzech elegantów.
         - Połóżcie broń na ziemi i kopnijcie w moją stronę, tylko powoli.
         Obserwował ich niepewność i spoglądanie na siebie. Wtedy jego towarzysz po prawej kapitan H.M. Murdock strzelił im pod nogi. Patrzył, jak podskoczyli. Wtedy przestali się opierać, odłożyli broń i kopnęli ją w ich kierunku.
         - Hannibal? W porządku?
         Stał wraz z pozostałymi oczekując w napięciu odpowiedzi. Usłyszeli słabe.
         - Tak. W porządku.
         Czarnoskóry sierżant Bosco B.A. Baracus podszedł do swojego dowódcy i podniósł krzesło wraz ze starszym mężczyzną. Z kieszeni wyciągną składany nóż i rozciął więzy oraz pomógł mu wstać z siedzenia, uważnie obserwując jego ciało. Smith poklepał Baracusa po barku.
         - Dziękuję B. A.
         Chwiejnym krokiem ruszył w stronę swojego blondwłosego porucznika Templetona Peckaa, znanego jako Buźka. Z kieszeni jego marynarki wyciągnął ulubione cygaro, odgryzł końcówkę, włożył je do ust i zapalił.
         - Dobra robota.
         Murdock posłał mu swój szalony uśmiech. Starzec zbliżył się do związanych mężczyzn.
         - Wiem dlaczego chcieliście kupić ten stary budynek. Masz ojciec obrabował bank i krótko przed aresztowaniem ukrył w swoim dawnym mieszkaniu, ale nie wiedzieliście, w którym. Na początku chcieliście kupić budynek, ale gdy nie chciano go sprzedać, zaczęliście zastraszać lokatorów i próbowaliście zmusić ich do wyprowadzki. Mamy wystarczające dowody przeciwko wam.
         Murdock wyciągnął z wewnętrznej kieszeni sporą, brązową kopertę i  po wyjściu B.A-ia przypiął ją do nich, a następnie opuścił magazyn. Po chwili wrócił z grubszą i umieścił ją obok pierwszej.
         - Gotowe.
         - Świetnie kapitanie.
         Usłyszeli w oddali syreny, co spowodowało zadowolenie Smitha.
         - Wcześniej wezwaliście policję? Brawo, ale czas znikać.
         Szybko puścili budynek, przed którymi czekał na nich szaro-czarny van z czerwonym paskiem, a za kierownicą jak zwykle siedział jego właściciel Baracus. Smith jak zwykle wskoczył na przedni fotel obok kierowcy, odwrócił się do tyłu i patrzył, jak pozostali zajmują swoje miejsca, a następnie rozsiadł się wygodnie, rokoszując się podróżą i dymem.
         Zerkną na rozluźnionego kierowcę. Przeniósł wzrok na wsteczne lusterko i przez chwilę obserwował dwójkę na tylnych siedzeniach. Kapitan siedział z przymkniętymi oczami, odprężając się. Za to porucznik wpatrywał się w jego głowę. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale wahał się. Zbyt dobrze go znał i wiedział, co chodziło mu po głowie. Uśmiech nie schodził z jego twarzy.
         - Lubię, kiedy wszystko idzie zgodnie z planem.
         Wszyscy spojrzeli na niego.
         - B.A. patrz ma drogę.
         Czarnoskóry mężczyzna skupił wzrok na drodze. Buźka otworzył usta, aby coś powiedzieć ale H.M. go ubiegł, z powrotem przymykając oczy.
         - Jak zawsze pułkowniku. Trochę spóźniliśmy się przez Buźkę. Flirtował z recepcjonistką w ich biurze...
         Peck zirytował się.
         - Zdobywałem tylko informacje
         - Śliniłeś się do niej...
         - Raczej ona do mnie...
         Hannibal słuchał ich z przyjemnością. Przez te wszystkie lata niewiele zmieniło sie między nimi i dalej potrafili sobie dogryzać i zachowywać się jak rozkapryszone dzieciaki. Przejmował wtedy rolę ojca i musiał ich uspokajać. Znał całą trójkę na wylot i potrafił czytać z nich, jak z otwartej książki. Wiedział, kiedy go okłamywali, czy próbowali coś ukryć, tylko udawał, że tego nie widział.
         Najłatwiejszy był Baracus. Jego emocje zawsze pojawiały się na twarzy, tym bardziej, kiedy brały nad nim górę. Murdock to była zupełnie inna historia. Swoje uczucia, obawy, lęki nieświadomie ukrywał swoimi alter ego. Umiał dostosować się do jego toku myślenia i reagować właściwie. Potrafił nawet wiedzieć, co tak naprawdę go dręczyło. Mimo wszystko największy wysiłek w rozszyfrowanie włożył przy Pecku. Do jego jednostki trafił świetny oszust, który zawsze dostawał to, co chciał. Nadal zdarzało mu się próbować go okłamać, ale zawsze wiedział, kiedy to robił.
         Mimo drastycznych różnic w charakterach oraz w poglądzie na życie i mimo upływu czasu nadal pracowali razem. Nie zawsze bywali zgodni, a nawet dochodziło między nimi do ostrych kłótni, nieporozumień, drobnych sprzeczek, czy do rękoczynów. Najważniejsze było, że zawsze mogli liczyć na siebie. Nawet nie zauważył kiedy stali się rodziną, jego synami. Z zamyślenia wyrwał go głos B.A-ia.
         - Zamknij się Baranie.
         Pilot musiał zacząć mówić coś, co wielkolud uznał za szalone. Sierżant mógł twierdzić, że go nie cierpiał, ale pozostali wiedzieli swoje. To nie była prawda. Wystarczyło, że coś groziło jego szalonemu głupcowi, a pokazywał, jak mu na nim zależy. Za zewnątrz twardziej, a w środku wrażliwy mężczyzna, kochający dzieci i bojący się latania.
         - Ale B.A. ...
         W łosie bruneta było słychać błaganie.
         - Zamknij się szalony głupcze, chyba, że chcesz bliskie spotkanie z moją pięścią.
         - Spokojnie B.A. Przecież mówię tylko, że...
         - Siedź cicho, bo wysadzę cię i będziesz wracać do domu na piechotę.
         Hannibal poszedł w ślady Buźki, odprężając się i przymykając oczy. Odczuwał nudności. Nagle usłyszał syreny. Otworzył okno i wychylił głowę. Zobaczył za nimi trzy samochody policji wojskowej.
         - Gazu B.A.
         Rozpoczęło się szkolenie. Dzięki swojemu wieloletniemu doświadczeniu w ucieczkach i pościgach dawali niedoświadczonym żołnierzom prawdziwą szkołę. Pościgi wyglądały, jak prawdziwe za czasów Lyncha i Deckera, a nawet używali ostrej amunicji. Dawało im to rozrywkę. Jedynie w razie niepowodzenia nie mieli trafić do więzienia.
         Od dwudziestu lat cieszyli się oczyszczeniem ze wszystkich zarzutów. Z powodu wielu lat dawania wycisku wojskowym dostali interesującą propozycję. Nadal robili to, co w trakcie ucieczki, czyli pracowali jako najemnicy, ale byli żołnierzami. Zachowali swoje stopnie wojskowe, a za pewien procent dochodów dostali domy w bazie wojskowej oraz budynek, gdzie stworzyli centrum dowodzenia, a nawet przydzielono im człowieka do zajmowania się robotą papierkową i odbieraniem telefonów. Od czasu do czasu wykonywali zadania dla wojska. Ten układ sprawdzał się.
         Nie zrezygnowali ze sprawdzania klientów. Dalej wszystko zaczynało się w pralni pana Lee, a następnie ciągano przyszłych pracodawców po różnych miejscach. Zawsze chcieli mieć pewność, że pracują po właściwej stronie i pomagają właściwym ludziom. Nadal nie zawsze przyjmowali wynagrodzenie, albo otrzymane pieniądze pokrywały tylko koszty.
         Cały czas popalał swoje cygaro, z którego został już tylko niedopałek. Patrzył, jak Baracus ledwo wyrabia na zakrętach przy dużej prędkości. Żałował, że to nie dawało to takiego kopa, jak dodatkowy motywator, jakim było uniknięcie więzienia. Do tego do perfekcji opanowali sztukę ucieczki.
         Porucznik wstał z fotela i przeszedł na tył. Otworzył skrzynię, wyciągnął karabiny i jeden podał dowódcy, drżąc z niecierpliwości. Tym razem rozwalenie samochodów miało być ostatecznością. Smith po otrzymaniu broni, opuścił okno, wychylił się i otworzył ogień. Widział, jak Peck uchylił drzwi i zaczął strzelać.
         Nie wytrzymał i zaczął celować w koła pojazdów i silnik. Nie chciał, aby ominęła go najlepsza zabawa. Z tego powodu nie raz wzywano go na dywanik, ale nic sobie z tego nie robił. Był wolnym duchem i nie obchodziło go, co o jego metodach myśleli inni. Cały czas wszystko robił po swojemu. Adrenalina krążyła coraz szybciej. Uwielbiał to Wyjechał na nich kolejny zielony pojazd. Skupił się na nim, wycelował w jego opony i rozpoczął salwę. Wiedział, że Buźka zajmuje się tymi z tyłu. Nagle usłyszał huk. Sierżant zaczął tracić panowanie nad pojazdem.
         - Co się dzieje?
         - Opona – warknął wściekły Bosco. – Zostaliśmy trafieni.
         Samochód policji wojskowej gwałtownie zjechał na pobocze, robiąc obrót. Zrozumiał, że mogą podobnie skończyć. Starał się zachować spokój. Odwrócił się i zobaczył strach w oczach chłopaków.
         - Cholera.
         Przeniósł wzrok na Baracusa. Wcale nie zdziwiło go przekleństwo, które wydobyło się z jego ust. Sytuacja nie wyglądała najlepiej, ale nie musiało dojść do tragedii. Miał nadzieję, że kierowca zapanuje nad vanem.
         - Zatrzymaj się.
         Wszyscy spojrzeli na niego z zaskoczeniem.
         - Nie mamy wyjścia.
         Zjechali na pobocze. Murdock wyciągną jeszcze dwa karabiny i parę granatów. Jedną z broni podał czarnoskóremu towarzyszowi. W tym czasie Hannibal i Buźka wymienili magazynki i wyskoczyli.
         Przygotowali się do walki, do której i tak nie miało dojść. Otoczyli ich żołnierze, a wśród nich pułkownik Roderick Decker. Niedowierzał.
         - Decker? A ty nie na emeryturze?
         Ten zmarszczył brwi.
         - O czym ty gadasz Smith? Peck?
         Poczuł wzrok Templetona na sobie. Nie wiedział, co się dzieje. Pamiętał, jak krótko po oczyszczeniu ich imion i rozpoczęciu pracy jako wojskowi odwiedził go dawny rywal i ścigający Wtedy poinformował go o swoim odejściu na emeryturę. Wyraził się dosadnie, co sądził o ich uniewinnieniu. Wierzył, że napadli na bank w Hanoi i wymigali się od odpowiedzialności za swoją zbrodnię. Odczuwał żal, nie udało mu się ich złapać.
         Wtedy powiedział „To koniec Smith, ale nie taki, jaki chciałem. Ty i twoi ludzie mieliście znaleźć się w więzieniu. Ale dla mnie to nie koniec. Wiem, że jesteście chciwi i chcieliście tych pieniędzy dla siebie. Pamiętaj, jeszcze poznają się na was i wtedy przyjdę na rozprawę i zaśmieję ci się w twarz. Będę triumfował nad tymi idiotami, tylko poczekaj Smith.” Odwrócił się na pięcie i wyszedł. To było dwadzieścia lat temu. Hannibal zastanawiał się, o co chodzi. Zapomniał o żalu z powodu złapania.
         - Pokonaliście nas, a teraz schowajcie broń.
         Roderick patrzył na niego z niedowierzaniem.
         - Bez takich Smith. Co ty kombinujesz? Myślisz, że puścimy was? Oszalałeś do reszty?
         - Nigdy nie byłem przy zdrowych zmysłach. Wszyscy ze mną się zgodzą.
            Peck nie wiedział, co się dzieje. Zastanawiał się, jaki jego dowódca miał plan. Nie mieli szans na ucieczkę, nawet Murdock nie mógł dyskretnie oddalić się, a on miał najwięcej do stracenia. Po złapaniu go z nimi mógł trafić do więzienia, albo szpitala psychiatrycznego, z którego nie mógłby go wyciągnąć.



środa, 22 sierpnia 2018

Jack Moris (Bones/Kości) cz. IV

Hej. Nie było mnie przez kilka miesięcy z powodu natłoku obowiązków i kłopotów z ich ogarnięciem tego. Miałam problemy z samą sobą, przeszłam załamanie, nawet pisanie nowych prac mi nie przeszło, ale postanowiłam spróbować powrócić. Dzisiaj kończymy z Jackiem Morisem. Teraz czas na bohaterów, którzy jeszcze tutaj nie gościli. Jest to czterech mężczyzn, byłych żołnierzy z Wietnamu, którzy zostali najemnikami. Pomagali tym, którzy mieli kłopoty. Byli przyjaciółmi mimo różnicy charakterów. Jeden z nich był wariatem, inny kobieciażem, inny tworzył szalone plany, a ostatni nienawidził wariata i bał się latać.

Jack Moris (Bones/Kości) cz. IV


 - Widziałem Bootha. 
Hodgins zmieszał się. Nie wiedział, co o tym sądzić. Słyszał o tym, jak niewiele brakowało.  
- Booth nie żyje. 
- Wiem, ale to było cholernie realistyczne. 
Zastanawiał się dlaczego w "ostatniej" chwilach swojego życia widział Bootha. Podejrzewał, że to powracające wraz ze sprawą mafii braci Writhe poczucie winny.  Aż do przyjazdu jego żony ,  Hodgins siedział przy nim. Kiedy ciemna brunetka o niewielkim wzroście  wśliznęła się do pokoju,  etymolog wycofał się. Lancy poczuł ulgę na widok ukochanej. Uśmiechnął się do niej czule. Widział łzy w oczach kobiety, która podbiegła do niego i objęła.
- Och Lancelocie.
W jej głosie było słuchać ulgę i radość, a łzy popłynęły po jej policzku. Sweets czuł się podle, widząc, co jego udanie się na tajną misję, zrobiło z jego ukochaną. Poczuł się podle. Czule pogłaskał ją po włosach. 
- Przepraszam kochanie.
- Ważne, że wróciłeś.
Zaczęła opowiadać  o tym, co wydarzyło się podczas jego nieobecności. Potem pojechała po ich syna i przywiozła go. Seeley ucieszył się na widok ojca. Daisy zaczęła spędzać całe dnie w szpitalu, a kiedy mogła zabierała ze sobą malca. To cieszyło połamanego, poobijanego  psychologa.  Pozwalało oderwać myśli od widoku zabójstwa swojej partnerki i swojej niedoszłej śmierci, które go dręczyły.
Teoretycznie wiedział, co zrobić, aby się uporać, ale to nie było  łatwe.  Nie miał zamiaru poddać się traumie. Miał rodzinę, a sam wpakował się w całą sytuację.  Zawziął się i robił wszystko, aby wrócić do porządku dziennego. Daisy przynosiła mu nowe periodyki dotyczące psychologii i nadrabiał zaległości. Chciał jak najszybciej wrócić do pracy.
W tym samym czasie w FBI przesłuchiwano aresztowanych członków mafii, a niektórym prokuratura przedstawiła ofertę współpracy, aby zmniejszyć wyrok. Taką  propozycję otrzymał Jack Moris. Mężczyzna przyjął ją i przekazał posiadane informacje pani prokurator Caroline Julian - Keenan.   Kobieta podczas rozmowy była szorstka. Nie okazała żadnej radości, czy zadowolenia z  tego, co usłyszała. Miał czekać na podpisanie ugody i spisanie jego zeznań, a do tego miał ujawnić miejsca, gdzie trzymali tajne dokumenty i narkotyki. Nie wiedział, czy był pomocny , co go denerwowało
Po znalezieniu się w celi, chodził nerwowo po pomieszczeniu. Czuł, że podpisze ugodę i spędzi  dwadzieścia pięć lat w więzieniu, chociaż będąc byłym agentem, mógł spodziewać się kosy pod żebra.  Misja nie była autoryzowana i nie mógł liczyć na ratunek. Wiedział, na co się porwał i znał ryzyko. To jednak nie ułatwiało. Cieszyło go to, że zakończył swoje zadanie.
Mógł też zdradzić swoją prawdziwą tożsamość i wyjaśnić całą sytuację. Caroline Julian, surowa pani prokurator miała do niego słabość i na pewno znalazłaby rozwiązanie z sytuacji, ale nie chciał tego robić. Odeszli dziesięć lat wcześniej i zamknęli ten rozdział swojego życia. Nie chciał rozbudzać wspomnień w dawnych przyjaciołach i rodzinie. Należał do przeszłości i tak miało pozostać.
Nie próbował okłamywać siebie, że nie jest przerażony. Bał się. Miał trafić do miejsca, gdzie wysyłał przestępców od wielu lat. Mógł trafić do miejsca, gdzie znajdowali się jego wrogowie. Jako snajper nauczył się ukrywać strach najgłębiej siebie, ale nie miał niczego do roboty w pustej celi. Serce biło mu szybciej. Powoli panika brała górę nad instynktem samozachowawczym.
Przymknął oczy i przywołał obraz swojego już dorosłego syna Parkera. To wszystko zrobił między innymi dla niego. Dla jego bezpieczeństwa. Żałował, że nie mógł patrzeć, jak jego malec dorasta i staje się mężczyzną. Zastanawiał się, jaką ścieżkę wybrał. Wiedział, że niezależnie od tego, będzie dumny z niego.  Przypomniał sobie, jak zabierał go do wesołego miasteczka i jeździli na karuzelach. Śmiech Parkera rozbrzmiewał mu w uszach, a łza spłynęła po jego policzku.
                 Położył się na pryczy i zastanawiał się, co porabia jego żona i dzieci, jak sobie radzą pod jego nieobecność. Czy kobieta radzi sobie z domowymi i zawodowymi obowiązkami bez jego pomocy, czy dzieci rozumiały jego nieobecność.  Pogrążał się w swoich myślach, kiedy do celi weszło dwóch agentów, w tym "zamordowany" przez niego kolega z biura w Nowym Jorku agent Thomas Oldman. Ten uśmiechnął się do kolegi.
- Dobra robota Moris. Zebrane przez ciebie informacje wyślą tych drani na wiele lat za kratki. Wykonałeś dobrą robotę.  Dyrektor powiadomił tutejsze biuro o twojej pracy pod przykrywką. Przekazałem też szefowi listę "twoich ofiar" i miejsca ich pobytu. Wszyscy wróciliśmy do swoich domów.  Caroline nie może się doczekać, kiedy i ty wrócisz, a dzieci stęskniły się za ojcem.
Poczuł ciepło na wspomnienie swojej rodziny. Ucieszyła go też wiadomość, że wróci do bliskich.  Miał ochotę skakać z radości. Zabrał swoją marynarkę i ruszył do wyjścia za dwoma kolegami.  Wszyscy milczeli. Oddano mu jego rzeczy osobiste. Przechodząc przez biuro, rozglądał się.  Kiedyś pracował w tym biurze, ale to było przed przeprowadzką do Los Angeles. Od tamtej pory zmieniło się wiele w budynku. Zamarł z przerażenia, kiedy na korytarzu zobaczył młodego bruneta.  Był to Parker Booth, który go miną. Po wyjściu na świeże powietrze wziął głęboki wdech.  Nie słuchał o czym rozmawiają jego towarzysze. Nie obchodziło go to.
Oldman zabrał go do hotelu, gdzie wynajął dla nich pokoje, kupując po drodze niezbędne rzeczy. Moris podziękował koledze i udał się do łazienki, aby wziąć prysznic. Stał pod gorącą wodą, rozluźniając się.  Ostatnie miesiące były dla niego ciężkie. Znajdował się z dala od rodziny, wśród groźnych przestępców.  Emocje brały nad nim górę.  Poczuł nagłą ochotę upewnienia się, że u Caroline wszystko w porządku. Zakręcił kran i wyszedł z kabiny. Ze spodni wyciągną komórkę i wykręcił numer i z niecierpliwością oczekiwał.
-Halo?
- Caroline?
-Jack? To ty?
- To ja kochanie.
Słyszał ulgę w jej głosie.
- Co u was?
- FBI nęka nas. Upewnia się, że nie kontaktujemy się ze sobą. Dzieci tęsknią za tobą.
- Niedługo będę w domu.
Usłyszał westchnienie ulgi. Poczuł nagłą potrzebę zapewnienia jej o swojej miłości.
- Kocham cię.
- Miłość to...
Pokręcił głową słuchając jej naukowego wywodu. Stęsknił się za tym. Oparł się o ścianę i wszystkie emocje puściły. Po jego policzkach płynęły łzy. Od dawna nie płakał. Usłyszał pukanie.
-Moris? W porządku?
Na szczęście woda nadal była odkręcona. Starał się zapanować nad drżącym głosem.
- W porządku. Po prostu...
Nie wiedział, co powiedzieć. Nie musiał. Oldman starał się zrozumieć. Nawet nie chciał wiedzieć, co biedak przeżywał przez okres pracy pod przykrywką. Zostawił go samego. Zadzwonił do biura i zawiadomił dyrektora o wypuszczeniu agenta Morisona oraz zadowoleniu prokurator  Keenan z obrotu sprawy.  Pojechał do chińskiej restauracji po kolację. Po powrocie zastał kolegę ubranego i spokojnego, pijącego piwo i oglądającego mecz bejsbolowy.  Usiadł obok niego i postawił pudełka. Nagle usłuszał.
- Kiedyś mieszkałem w Waszyngtonie. Byłem agentem.
Słyszał gorycz w jego słowach.
- Jednym z najlepszych. Caroline dawała mi popalić.
Zaciekawiło go to.
- Kto?
- Craoline Julian, a teraz Keenan prokurator.
- Znałeś ją?
- Ostra kobieta. Lepiej było z nią nie zadzierać.  Podpadłem jej wiele razy, ale mnie lubiła.   
- Więc dlaczego odszedłeś?
- Byłem dobry w tym, co robiłem. Dzięki pomocy zezulców złapałem wielu morderców. 
- Zezulców?
Jack spojrzał na towarzysza.
-Sprawy rodzinne. Wyprowadziłem się dziesięć lat temu, więc mnie nie pamięta.
                Thomas zdawał sobie sprawę, że towarzysz coś ukrywał, ale nie pytał. Moris był mu za to wdzięczny. Późnym wieczorem udał się do sypialni.  Położył się w łóżku, ale nie zasną. W jego głowie pojawiało się wiele myśli. Podejmował ważną decyzję. Tak naprawdę dziesięć lat wstecz nosił inne nazwisko i wraz z ukochaną kobietą, która nosiła jego dziecko zostali objęci programem ochrony światków. Musiał porzucić rodzinę i przyjaciół. Teraz przebywał blisko nich i nie wiedział, co zrobić. Popadł Wiltera, który wydał na niego i jego żonę wyrok.
Teraz mógł bezpiecznie bez narażania ich wrócić, ale minęło wiele lat. Nie chciał niszczyć im nowego życia. Wejść znowu w ich świat, burząc wszystko.  Walczył z tęsknotą, ale i rozsądkiem. Tak chciał uścisnąć syna i powiedzieć mu, jak z niego jest dumny, że poszedł w jego ślady i że bał się o jego życie. To było dziwne zobaczyć Parkera na tych samych korytarzach, po których sam przechadzał się w przeszłości. Praca agenta była niebezpieczna.
Nad ranem podjął decyzję. Postanowił wyjechać i nie ujawniać się.  Robił to z ogromnym bólem serca, ale uważał, że robił to, co dla nich najlepsze. Łza kręciła mu się w oku. Ubrał się i pojechał pod biuro i obserwował wejście. Chciał z daleka zobaczyć swoją pociechę. Czuł się, jak stalker, ale chciał zobaczyć go po raz ostatni. Paręnaście minut później dojrzał własną kopię o wiele młodszą od siebie. Młodszy agent Parker Booth szybko przeszedł przez parking i wszedł do budynku. Uśmiechną się czule.
- Żegnaj Parker.
Moris miał nadzieję, że będzie dobrym agentem, ale i nie wpakuje się w żadne kłopoty i nie będzie podpadał niebezpiecznym przestępcą jak on. To tylko jego pobożne życzenie. Jeśli przypominał jego tak samo z charakteru, jak z wyglądu, to jego rywale mieli kłopoty. Po chwili odszedł. Spakował swoje rzeczy i udał się na lotnisko. Wsiadając do samolotu, zostawiał przeszłość za sobą i zaczynał nowe życie.
Nie mógł się doczekać spotkania ze swoją żoną i dziećmi. Po wylądowaniu i znalezieniu się w hali przylotów, wpadł w ramiona Caroline. Kobieta, która uważała miłość za reakcję chemiczną wtuliła w niego, a jej serce biło szybciej. Wreszcie znowu byli razem po wielomiesięcznej rozłące. Dzieci przytulili się do nich. Oderwał się od żony i wyściskał pociechy. Razem opuścili budynek, ciesząc się sobą. Zaczynali nowe życie bez strachu, że zostaną dopadnięci przez Wilterai jego ludzi.

Koniec