niedziela, 31 grudnia 2017

Jack Moris (Bones/Kości) cz. III

Wyobraził siebie leżącego na stole sekcyjnym i pochylającą się nad Cam ze skalpelem. Potnie go i wyjmie narządy wewnętrzne. Następnie oczyszczą kości. Mieli na to wiele sposobów i nie chciał o nich myśleć. Pewnie zajęliby się tym Hodgins i Bray. Po wszystkim ułożą jego kości na stole i Wendell wraz z asystentami uważnie przyjrzą się nawet jego najmniejszym chrząstkom. To była nieprzyjemna wizja. 
Przyglądał się McGee,mu. W środku trząsł się ze strachu. Starał się tego nie okazać, czego nauczył się od Bootha. Czekał na wyrok, chcąc aby to wszystko się skończyło. Spojrzał na Luisę przepraszająco. Don stanął obok niego z wściekłością w oczach. Wyciągnął za paska pistolet i przyłożył ją do głowy jeszcze tego ranka swojego zaufanego gońca. Uśmiechnął się ironicznie. 
-Witam agencie Sweets. 
-Doktorze- poprawił go Lancy Sweets alias Tom Donald. 
McGee jak i pozostali doznali szoku. Nie sądzili, że biuro wyśle kogoś, kto nie jest agentem. 
-Doktorze? Dobrze. Więc witam doktorze Sweets... Czego jest pan lekarzem? 
Milczał. Wolał nic nie mówić, aby przez przypadek nie okazać słabości i aby nie zdradzić żadnych szczegółów. Był oddany pracy i zadaniu. Nie chciał umierać jako zdrajca.  
-Nic nie powiesz? Twój upór jest bezsensowny... 
Don był zawiedziony. 
-Twoja żona, a raczej partnerka wszystko mi powiedziała. 
Podszedł do prawie nieprzytomnej kobiety, podtrzymywanej przez dwóch rosłych facetów. Pogłaskał ją po policzku. Gwałtownie odchyliła głowę, co go ucieszyło. 
-Harda. Chociaż przed chwilą sypała. Wiesz, jak wpadła? Najpierw próbowała mnie poderwać i zaciągnąć do łóżka.  Jest piękna. Ale jak wiesz, w naszej rodzinie jest kodeks. Nie tyka się żon innych członków. Za to jest surowa kara. Jak za każdą inną niesubordynację. Nie ważne, w którym miejscu w hierarchii jesteś.  Nawet mój teść może ponieść konsekwencje. Dlatego ignorowałem zaloty Luisy i z szacunku do ciebie... 
Spojrzał na Lancy’ego z ogromną wściekłością, łapiąc kobietę za włosy i ciągnąc je do tyłu. 
- Teraz wiem, że chciała ode mnie jak najwięcej wyciągnąć. Przyłapałem ją na szperaniu w mojej sypialni, a w gabinecie była wcześniej.  Nic nie znalazła.  Wilter nie powierza mi żadnych tajemnic. Podejrzewali mnie o zdradę i założę się, że przyczyniliście się do tego. Musicie za to zapłacić.  
Wymierzył broń w agentkę i strzelił jej w głowę.  Lancy (Tom) rzucił się jej na ratunek, ale nic nie mógł zrobić. Padł obok jej ciała. Starał się zapanować nad płaczem, ale nie dał rady. Kilka łez popłynęło po jego policzkach. Poczuł ogromny smutek. Po mimo wszystko pracowali ze sobą kilka miesięcy i polubił ją.  Jej krew przesiąkła jego koszulę. 
Goryle złapali go za ramiona i wciągnęli do salonu, a reszta udała się za nimi. W salonie na kanapie siedział Flynn. Spojrzał na Mcgee'go i skłonił głowę, patrząc na narzeczonego córki. Przez chwilę przyglądał się Lancy'emu i jego zakrwawionemu ubraniu. Zwrócił się do zięcia spokojnym i opanowanym tonem. 
-Przepraszam cię synu. Źle cię oceniłem.  
Zerknął na kreta.  
-Zaufano tobie. Co cię sprowadza? 
Sweets z pogardą spojrzał na niego. Nie musiał się już niczego bać i postanowił wyrzucić z siebie swoją motywację. Spojrzał na niego z dumą i wściekłością 
-Jestem tutaj z powodu przyjaciół, których zamordowałeś. Dobrych w tym, co robili. Razem ze swoimi przyjaciółmi- naukowcami złapali wielu przestępców, nawet tych nieuchwytnych.  Może ich zabiłeś, ale pamięć o nich pozostała. Będziemy robić wszystko, aby ich pomścić. 
-Zamknij się - krzyknął Tayson, jeden z goryli. Zgiął lewą pięść i uderzył go w brzuch, a ten zgiął się w pół, upadając na kolana.- Więc kogoś straciliście. Podzielisz ich los.  
Wilter kazał zabrać psychologa do piwnicy.. Miał plany wobec mężczyzny. Chciał dowiedzieć się ile przekazał swoim przełożonymi. Jeszcze parę godzin wcześniej miał zamiar namówić go przejście na drugą stronę i pomocy w pogrążeniu federalnego biura. Tylko jego zemsta pokrzyżowała plany. Nic z niego nie wyciągnie. Postanowił zrobić z niego przykład. 
Jego ludzie wykonali polecenia. Po zaprowadzeniu Lancy'ego do ciemnego pomieszczenia, ogłuszyli go i zostawili tam. Zwłoki kobiety cały czas leżały w ogrodzie. Zbliżała się szósta wieczorem, a do domu wrócił Jack. Usiadł w salonie przed telewizorem, kiedy dostrzegł wpatrującego się w okno Jasona. Podszedł do niego i zapytał. 
-Co się dzieje? 
Zobaczył, jak mężczyzna wskazał mu coś w ogrodzie. Spojrzał w tamtym kierunku i zamarł z przerażenia. Dobrze widoczne było ciało Luisy. Poczuł ogromny strach o przyjaciela. Wyrwało mu się. 
-A jednak oboje pracowali dla FBI. 
Nie zdawał sobie sprawy, że Flynn stoi za nim. Szef podszedł do niego. 
-Zdradziła nam ich prawdziwe nazwiska, co przekazała oraz wydała łącznika. Kazałem go znaleźć.  Jej partnera wykorzystamy jako przykład. I tak nic nam nie powie. Za dwa dni powiesimy go w ogrodzie. W tym czasie każę zbudować szubienicę. Przyjadą też synowie i ich zaufani ludzie. Do tej pory będzie siedział w piwnicy bez jedzenia, tylko woda. 
Moris nie wiedział, co powiedzieć. Wstrząśnięty wycofał się do swojego pokoju. Ściekał się na tajniaków i mafiozów. Walnął pięścią w ścianę. Miał niewiele czasu, a musiał uratować psychologa. Nie miał zamiaru pozwolić mu umrzeć. Wymknął się i w jednej z ciemnych uliczek kupił telefon na kartę. Podjął decyzję nad którą nawet nie musiał się zastanawiać. Kierował się sercem, zamiast rozumem.  
Wybrał numer do miejscowego biura FBI i złożył anonimowe zawiadomienie o tym, co się wydarzyło oraz co grozi psychologowi. Miał nadzieję, że zdążą go uratować. Wrócił do posiadłości, gdzie panowała cisza. Podejrzewał, że większość śpi, pracuje, albo baluje. Nieliczni spali. To mogła być jego szansa, aby zobaczyć co ze Sweetsem. Zakradł się do piwnicy, gdzie on leżał nieprzytomny.  
Poczuł ukłucie w okolicy serca, kiedy zobaczył nieprzytomnego mężczyznę. Podbiegł do niego, sprawdził puls i odetchnął z ulgą. Obejrzał uważnie guz na głowie. Miał nadzieję, że uraz nie spowoduje żadnych szkód. Miał ze sobą wodę utlenioną i przemył rozcięcie na łuku brwiowym. Lancy cicho jęknął, ale Jack usłyszał to. Zrobiło mu się go żal. Nie chciał powodować bólu, ale musiał oczyścić ranę. Na chwilę zapomniał o tym, że nie rozpoznał go. 
- W porządku Sweets. Chcę ci tylko pomóc.  
Skupiał się na nim, a w tym czasie do nich zeszła Rose Wilter, córka Flynna. Na odgłos kroków zerwał się z podłogi. Nie wiedział, co zrobić.  
- Co tutaj robisz? -zapytała zaskoczona kobieta.- Zostawcie go w spokoju. 
Popatrzył na nią. Przeczucie mu mówiło, że kłamstwo może tylko zaszkodzić, więc postanowił przedstawić trochę zmienioną prawdę. 
- Chciałem sprawdzić co z nim. Mam nieprzyjemność go znać. Nie mogłem pozwolić, aby leżał tutaj bez żadnej pomocy. 
Słyszała, że głos mu drży i miała wrażenie, iż nie wszystko jej powiedział. Uśmiechnęła się ciepło, zauważając w nim ciepłego i troskliwego człowieka.  
- Rozumiem. Nie jesteś pozbawiony uczuć. Jesteś inny niż reszta ludzi mojego ojca... 
Posmutniała na myśl o swoim chłopaku z najniższych szczebli mafii. 
- Andrew nawet dla mnie nie złamie zasad. Mogłabym tutaj cierpieć , a on by tutaj nie zszedł do mnie, ani nikogo by nie wysłał.  
Jej słowa były przepełnione żalem. 
- Zazwyczaj przychodzę ulżyć cierpiącym... 
Zawahała się. 
-Mam maść z antybiotykiem. Dzięki nazwisku udaje mi się zdobyć leki na receptę bez problemu i to w sporych ilościach.  
Podała mu apteczkę. Skinął głową w podziękowaniu i przyklęknął przy przyjacielu. Wyciągnął opatrunek i zabezpieczył uraz głowy. Wilter przyglądała mu się z zainteresowaniem. Zauważyła jego delikatność i staranność. Od razu widać było to, co chciał ukryć. Martwił się o zdrajcę. Z kieszeni starego, czarnego, wyciągniętego swetra wyciągnęła niewielki futerał i otworzyła go.  
Z środka wyciągnęła napełnioną strzykawkę. Zdjęła osłonę z igły i zastukała w plastik. Moris chował wszystko do apteczki i nie widział, co się za nim dzieje. Zobaczył Rose, kiedy zbliżyła się do Lancy’ego z gotową strzykawką. Poderwał się na równe nogi i podniesionym głosem spytał. 
- Co chcesz zrobić? 
- Podam morfinę, żeby przerwać jego cierpienie. 
Ostatnie słowa do niego nie dotarły, więc nie dostrzegł intencji kobiety. Oburzył się na myśl o podaniu narkotyków.  
- Nie pozwalam. Możesz go przez przypadek zabić.  
Zezłościła się. Podeszła do niego, strzykawkę przełożyła do lewej ręki, a prawą przyłożyła do klatki piersiowej mężczyzny. 
- I o to chodzi. I tak go zabiją. Lepiej, aby nic nie czuł. Zostałby upokorzony 
Zbladł. Dał krok w tył, oddalając się od rozwścieczonej kobiety. Nie chciał dopuścić do siebie myśli, że Sweets mógłby nie przeżyć całej awantury Miał nadzieję, iż agenci zdążą przyjść z pomocą ich psychologowi. Musiał tylko kupić u Rose trochę czasu. Postanowił stać się tym złym. Podniósł głos 
- Zabraniam ci. Jeśli przyłapię go na tym, że jest pod wpływem narkotyków, albo martwego to doniosę na ciebie do szwagra. Przecież ojciec wie, co  wyrabiasz, ale Don przekona go, aby cię ukarać. 
Tupnęła nogą ze złości i bezsilności. Odwróciła się i ruszyła do wyjścia. Nagle zatrzymała się i przekręciła głowę w jego stronę i rzuciła jadowicie.  
- Myślałam, że jesteś inny. Ale jesteś taki sam, jak te potwory.  Okrutny do szpiku kości.  
Otworzyła drzwi i zaczęła biec po schodach. Nasłuchiwał przez chwilę, a potem przysiadł przy nieprzytomnym Lancy’m  Podejrzewał, że niczego nie słyszy i pozwolił sobie na głośne myślenie. 
- Miałem jej powiedzieć? Różni się od swojej rodziny. Moja intuicja podpowiada mi, że mogę jej zaufać... 
Oparł głowę o ścianę i wpatrywał się w nieprzytomnego. Czuł się zagubiony. 
- Z drugiej strony jest oddana rodzinie. Nienawidzi tego, co oni robią, a ani razu przeciwstawiła się im.  
Poklepał go po ramieniu. 
- Twoi idą po ciebie. Wytrzymaj jeszcze trochę.   
Zostawił go tam. Opuszczając piwnicę, miał ogromne wyrzuty sumienia, że zostawia tam przyjaciela. Udał się do siebie. W nocy nie zmrużył oka. Wczesnym rankiem zakradł się do kuchni i przygotował kanapki oraz zaparzył kawę. Zaniósł wszystko dla Sweetsa. Mężczyzna siedział pod ścianą. Podszedł na bezpieczną odległość i położył naczynia na ziemi, odsuwając się. 
Psycholog niepewnie spojrzał na byłego agenta. Nie czuł przed nim strachu, a nawet wydawał mu się znajomy. 
- Ostrzegałem, ale nie posłuchałeś. To teraz nie ważne.  Zjedz coś, bo prawdopodobnie nic więcej nie dostaniesz.  
Przyjrzał się talerzowi i podszedł do nich. Podniósł naczynia i wrócił pod ścianę, gdzie z ogromnym apetytem zajadał się kanapkami. Zerknął na towarzysza, który  stał ze spuszczoną głową. Zaczął go analizować. Od razu dostrzegł w jego postawie skruchę i poczucie winy. To nie pasowało do człowieka, który zabijał na polecenie szefa. Od początku intrygował go. Chętnie widziałby go, jako swojego pacjenta. Uśmiechnął się. 
Mafioz był zdenerwowany, a ręce drżały. Jak tylko przetrzymywany zjadł, wszystko zebrał i uciekł na górę. Przygotował sobie naleśniki, kiedy zeszła Rose. Domyślił się, dlaczego sięga po mięso mimo wegetarianizmu.  
- Już dostał śniadanie.  
Zabrał swój posiłek i udał się do siebie. Nie chciał z nią rozmawiać. Ze wszystkimi. Dopiero teraz zaczął zastanawiać się czy jego poświęcenie ma sens, albo Sweetsa i jego partnerki. Frustracja sięgała zenitu. Najchętniej zabrałby go od razu, ale nie wyszliby żywi. Serce biło mu szybciej. Chodził nerwowo po całym pomieszczeniu. Czuł się zagubiony. Nie wiedział, co zrobić.  
Siadł w fotelu i starał się uporządkować myśli. Oparł głowę na rękach. Postanowił do dnia egzekucji niczego nie robić. Dla dobra Sweetsa i swojego.  Starał się zapanować nad emocjami, aby nikt nie zauważył. Z niecierpliwością czekał na ratunek dla psychologa. Minęły dwa dni, w ogrodzie stanęła prowizoryczna szubienica a odsieczy nadal brak. 
Przeraził się. Nie wiedział kompletnie co zrobić. Gdzieś w głębi niego tliła się nadzieja, ale powoli gasła. Nerwowo szukał planu. Przyjechali synowie Wiltera wraz z kilkoma swoimi zaufanymi ludźmi. Wszyscy mieszkańcy domu i goście zebrali się w ogrodzie. Czterech ludzi pilnowało Lancy’ego Sweetsa alias Toma DonldaMoris nienawidził bezsilności. Stał jak najbliżej podestu przy drzewie. 
Wybiło sobotnie południe. Flynn Wilter stanął na podeście, na którym niedługo miał stanąć zdrajca. Przyjrzał się twarzom zebranym z lekkim, tryumfalnym uśmiechem. Zauważył, że jego synowie stoją w pobliżu spokojnego, chociaż bladego Jacka. Postanowił po wszystkim porozmawiać z byłym agentem. Na razie upajał się zwycięstwem nad FBI. 
- Moi mili. Dziękuję, że przybyliście na to z jednej strony nieprzyjemne spotkanie. Okazało się, że wśród nas byli zdrajcy i szpiedzy. Jeden z nich wspomniał o chęci zemsty za śmierć kogoś bliskiego... 
Wśród zebranych  można było usłyszeć śmiech. Szef uciszył ich, podnosząc prawą dłoń do góry. 
- Niech doktor Lancy Sweets będzie przykładem dla kolejnych kolegów. Tym bardziej, że jego praca pójdzie na marne. Nasz człowiek w FBI zrobi wszystko, aby informacje i dowody przepadły.  
Moris miał za paskiem broń. Położył na niej rękę, a wszystkie zmysły napiął. Stał się czujny i gotowy do działania. Patrzył, jak Jenny, Jerzy i Frank znikają. Jego serce biło niemiłosiernie. Przyspieszyło na widok bladego Sweetsa prowadzonego przez rodzeństwo Wilter. Obserwował, jak zamienił się miejscami z Flynnen, a jego córka założyła mu pętlę. Do jego uszu dotarł donośny głos szefa. 
- Doktorze Sweets zostałeś skazany na śmierć za wmieszanie się w nasze szeregi i próbę rozbicia rodziny.  
Jeszcze mocniej ścisnął rękę na pistolecie. Skupił się na psychologu. Starał się zignorować otoczenie i własne emocje. Kiedyś służył w wojsku jako snajper. Postanowił dotrzymać obietnicy i zaryzykować życie dla przyjaciela. Patrzył, jak Wilter pociąga za dźwignię, uruchamiającą zapadnię, a w tym samym czasie wyciągnął broń i strzelił w linę.  
Sweets upadł na ziemię, nie wiedząc co się dzieje. Przez chwilę nie mógł złapać powietrza. Był bliski utraty przytomności. Obraz rozmywał się przed jego oczami. Nagle dostrzegł znajomą sylwetkę pochylającą się nad nim, która przekonała go, że umarł. Nad nim pochylał się zmarły przed laty agent specjalny Seeley Booth. Zrozumiał, że to może być jego jedyna szansa. 
Booth? Przepraszam... Nie chciałem tego wam powiedzieć... Przepraszam... Jesteś świetnym agentem, a doktor... 
Tak naprawdę był to Jack Moris, który po przestrzeleniu liny, podbiegł do niego, nie zwracając uwagi na zaskoczonych zebranych. Złapał Lancy’ego, aby zapewnić go, że wszystko jest w porządku i aby pocieszyć go. Chociaż podejrzewał, iż to ich koniec. Cieszył się tym, z kim przyjdzie mu pożegnać się z życiem. 
Nagle usłyszał hałas i krzyki. Spojrzał w stronę drzwi i odetchnął z ulgą. Do ogrodu wpadli agenci FBI. Uśmiechnął się na ich widok. Spojrzał na bladą twarz przyjaciela, ciesząc się, że jego oddech wraca do normy. 
- Przybyła odsiecz.  
Nagle ktoś się na niego, powalił na ziemię, skuł i został odwieziony do aresztu. Mimo braku agresji z jego strony, zachowali się brutalnie wobec niego. Za dawnych czasów to on wtrącał przestępców do tych cel. Pierwszy raz, mimo podejrzeń w przeszłości o dokonanie zabójstwa zdarzyło się, że pierwszy raz znalazł się za kratami. Podejrzewał, że nigdy więcej nie zobaczy swojej rodziny. Ogarnął go ogromny smutek, ale i radość z ratunku dla jego przyjaciela.  
Rozpoczęły się aresztowania w całym Waszyngtonie. Intensywnie przesłuchiwano płotki, nauczeni doświadczeniem, że grube ryby nie sypią. Jeden z nich asystował w morderstwach Morisa i zdradził listę, przypieczętowując jego los. Wzięto go na przesłuchanie i chciano dowiedzieć się gdzie ukrył ciała. Milczał. Nie miał zamiaru mówić. 
Jego domniemane ofiary żyły. Sam pozorował zabójstwa, nikogo z mafii nie wtajemniczając. Jedynie pomagał mu "zamordowany" przez niego kolega Oldman, który ukrywał się jako kuzyn w jego domu. Wszystkie też informacje docierały do dyrektora biura FBI w Los Angeles. Wiedział, że dyrektor wyprze się jego tajnego zadania. Mógłby skontaktować się z tutejszym dyrektorem, ale nie chciał narażać bliskich.  
Na początku czuł się dziwnie w pokoju przesłuchań, który niewiele zmienił się przez te dziesięć lat. Pamiętał, jak siadał przed przesłuchiwanymi i dopierał taktykę. Wpatrywał się w lustro weneckie i zastanawiał, czy za nim stoi ktoś znajomy.  Rozluźnił się  i poczuł się swobodnie. Był na swoim terytorium, co dawało mu pewności siebie. Cieszyło go, że nie trafiał na nikogo znajomego. Chociaż z ramienia prokuratury sprawę prowadziła Caroline Julian. Z tą kobietą nie zadzierało się. Wolałby unikać jej, jak ognia.  Uparcie milczał.  
Raz tylko spytał o Sweetsa, ale nie udzielono mu żadnych informacji. Miał nadzieję, że wszystko jest dobrze, oraz że otrząsnął się z szoku. Nawet nie chciał wyobrażać sobie, co myślał w chwili, kiedy założono mu pętlę, a zapadnia otworzyła się. Do tego słowa, które usłyszał od półprzytomnego psychologa nie dawały mu spokoju. Martwił się o niego.  
Lancy odzyskał przytomność następnego poranka, po uwolnieniu. Pierwsze, co zobaczył po odtworzeniu oczu, to biały sufit i bolące światło. Pomyślał, że umarł. Nie wiedział, czy wierzy w Boga. Zamrugał kilka razy. Czuł się senny Poczuł ciężar na prawej ręce.  Spojrzał i zobaczył śpiącą na krześle Daisy, której głowa spoczywała na nim. Łza szczęścia popłynęła po jego policzku. Strasznie stęsknił się za swoją ukochaną. Przyglądał się bladej i podpuchniętej głowie. Dla niego była najpiękniejsza.  
Nie chciał jej obudzić. Przymknął oczy i zasnął. Kiedy znowu się obudził, czuł się o wiele lepiej. W sali nikogo nie było. Wziął głęboki wdechWreszcie poczuł, że żyje. Złapał się za szyję, czując ulgę. Na jego szyi nie była zaciśnięta żadna pętla. Wszystkie emocje puściły i rozpłakał się jak małe dziecko. Wreszcie wrócił do domu i nie musiał udawać. Był tak blisko złamania danego żonie słowa.  
W piwnicy myślał tylko o niej i synu. Jak sobie poradzą, kiedy go zabraknie. Kto nauczy małego tych rzeczy, których powinien ojciec Kto poświęci mu cały wolny czas i okaże troskę? Kto będzie kładł go spać? Odganiał złe snyodprowadzał do szkoły, czytał, pomagał odrabiać lekcje?  Pomyślał o Daisy. Zostałaby sama z małym dzieckiem i złamanym sercem. Pewnie na wzór swojej mentorki, rzuciłaby się w wir pracy, zaniedbując Seeley'a. Potem ogarnęłyby ją ogromne wyrzuty sumienia i znowu pewnie uciekłaby w badanie kości. Koło by się zamknęło i tak w kółko. 
Mógłby tylko mieć nadzieję, że jej szefowa, jego przyjaciółka Cam oraz reszta z Jeffersona zajęliby się nią i nie pozwoliliby się jej stoczyć. To dzięki nim miał rodzinę. To oni wyciągnęli go z domu i depresji. Zdał sobie sprawę, że przegiął. Po ostrzeżeniu przez Morisa powinien pomyśleć i wycofać się, zamiast brnąć dalej w ten bajzel. 
Nie zdawał sobie sprawy, że od dłuższej chwili jest obserwowany. W drzwiach do sali stał entomolog Jack HodginsWcale wybuch emocji pacjenta nie zdziwił go. Od początku pomysł mu się nie podobał, ale idiota uparł się. Z drugiej strony nie potrafił się na niego wściekać. Sam zrobiŁby wszystko, aby mordercy Brennan i Bootha trafili za kratki. 
- Co tam? 
Sweets podniósł głowę. Był zaskoczony widokiem przyjaciela. Ten uśmiechnął się i podszedł bliżej, aby przysiąść na krześle. Starał się wyglądać na wyluzowanego, ale tak naprawdę przerażenie go ogarniało. Prawie stracili kolejnego z nich. 
Daisy odprowadza Seeley’a do szkoły. Do tego ma porozmawiać z wychowawczynią. 
Zamilkł. Niepewnie zerknął na psychologa. 
- Właśnie przywieziono ciało agentki Shanon. 
Lancy spojrzał w okno, a następnie na puste, proste, białe krzesło skąpane w jasnym świetle. Otarł kołdrą łzy. Przypomniał sobie kogo nad sobą widział.  
- Widziałem Bootha. 
Hodgins zmieszał się. Nie wiedział, co o tym sądzić. Słyszał o tym, jak niewiele brakowało.  
Booth nie żyje. 
- Wiem, ale to było cholernie realistyczne. 

sobota, 11 listopada 2017

Jack Moris (Bones/ Kości) cz. II

Jack wzdrygnął się. Ogarną strach, że poznali jego tajemnicę.  Musiał zachować kamienną twarz, chociaż to mógł usłyszeć wyrok na siebie. Wilter spojrzał na niego pobłażliwie, jak ojciec na syna. Uśmiechnął się czule.  
- Wiem, że to cię przeraża. Mnie też. 
Był wściekły. Nie lubił uprzejmości Flynna. 
- Najgorzej, że jest z otoczenia narzeczonego mojej córki... 
- Co? - wyrwało się byłemu agentowi. 
- Wszystko wskazuje, że Luisa Donald jest kretem.  A jeśli to prawda, to zaufany posłaniec Dona, jej mąż Tom... 
Zatkało g. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z małego szczegółu. Według niego Lancy Sweets alias Tom Donald nie nadawał się na tajniaka.  Bał się o przyjaciela. 
- Na razie będziemy ich obserwować. Dlatego sprowadzimy ich tutaj. Liczę, że będziecie ich obserwować i uważać o czym rozmawiacie. Coś chcecie dodać? 
Ze swojego miejsca podniosła się prawa ręka do wykonywania wyroków, średniego wzrostu, barczysty mężczyzna. 
- Najlepiej spróbować namierzyć tych, kogo mogli zwerbować. 
Moris postanowił zaryzykować. 
- To, że Lusia jest szpiegiem, nie oznacza, że jej mąż o tym wie. Może przez przypadek coś jej zdradzić. 
To był desperacka próba ratunku dawnego przyjaciela.  Wszyscy spojrzeli na niego.   
- Wiem, że ciężko ci uwierzyć, że ktoś mógł dostać się do naszej rodziny, aby nas zniszczyć. Jesteś lojalny... 
Najchętniej zabiłby go, ale musiał udawać oddanie. 
- Jesteś dobry w tym, co robisz, ale lekko naiwny i dlatego jesteś tutaj.  Uważaj na niego. Masz na sumieniu nie jednego agenta i możesz dostać karę śmierci. Dodam, że też mam ich sporo na sumieniu. Nawet nie pamiętam ich nazwisk. 
Zacisnął pięści, starając nie okazać wściekłości. Po zakończonym spotkaniu udał się do swojego pokoju.  Walnął pięścią w ścianę. Usiadł na łóżku, aby się uspokoić i pomyśleć logicznie. Postanowił obserwować ich i w razie czego ochronić, niezależnie ile to by go kosztowało.   
Luisa i Tom Donald niczego nieświadomi wprowadzili się do domku dla służby. Spędzali dużo czasu w posiadłości, gdzie przy nich nie omawiano najważniejszych działań. Nikt nie wspomniał McGee'mu o całej akcji, ponieważ podejrzewali go o współpracę z wymiarem sprawiedliwości.  
Małżonków trzymano z daleka od Rose Wilter, siostry Jenny, Jerzego i Franka, która nie pochwalała działań rodziny. Była im oddana i nie miała zamiaru ich wydawać. Woleliby, aby nie próbowali jej przekonać do obrócenia się przeciwko bliskim.  Jej zdrada zabolałaby jej ojca, który ją uwielbiał.  
Pewnego dnia Jack wrócił domu i zauważył grupkę mafiosów siedzących na kanapie w salonie przed telewizorem. Spojrzał na ekran i doznał lekkiego szoku. Oglądali serial "Kości".  Nie mógł uwierzyć, iż przestępcy oglądali coś poświęcone osobom strzegącym prawa i łapiących tych złych.  Nagle jeden z nich stwierdził z rozżaleniem w głosie. 
- Poprzednia aktorka była lepsza. Bardziej realna. Przy niej można by uwierzyć, że taka antropolog istnieje. 
Jego kolega odezwał się, śmiejąc. 
- Na szczęście nie ma takiej antropolog jak Bones albo agenta jak Booth. 
Chciałby zobaczyć ich minę, kiedy dowiedzą się, że serial opowiada o prawdziwych ludziach. Spojrzał na psychologa, który siedział ze spuszczoną głową. Miał wrażenie, iż w jego postawie widzi poczucie winy. Jego prawie niezawodne przeczucie mówiło jedno. Chodziło o któregoś z bohaterów, czyli jednego z naukowców. Mógł przed przystąpieniem do zadania z kimś się pokłócić, ale nie wiedział z kim konkretnie.  
Mijały dni. Często z daleka obserwował państwa Donald. Zauważył, że dawny przyjaciel niczym się nie zdradzał. Wczuł się w swoją rolę i nikt nie powinien mieć wobec niego żadnych podejrzeń. Tym go zaskoczył. Wszystko psuła jego młodsza towarzyszka, która była sztywna. Ciągle czuła się niezręcznie i chciała uciekać stamtąd jak najszybciej. Nie potrafiła się odnaleźć. Miała też postawę agentki, której nie potrafiła się pozbyć. Musiał ostrzec Lancy'ego. 
Szukał dogodnej okazji na rozmowę bez świadków i możliwości podsłuchania. Denerwował się, że nie zdąży tego zrobić przed ich zdemaskowaniem. Trafiła się tydzień później. Miał przewieźć dużą sumę do Nowego Jorku. Postanowił zabrać ze sobą Toma. Don był wściekły, iż to nie on jedzie. Zabranie jego zaufanego człowieka, pozwoliło przełknąć tą gorzką pigułkę.  
Wilter nie był zachwycony obecnością Donalda, ale przekonał go do tego, aby upewnić się, co do lojalności mężczyzny. Tom i Jack w pierwszą stronę nie rozmawiali ze sobą, a prowadził człowiek McGee'go. Trzymali się na dystans. Przekazali całą sumę na ręce Franka i ruszyli w drogę powrotną. Za to z powrotem drugi zasiadł za kierownicą. Nagle zatrzymali się na drodze z dala od zabudowań. Ostrym tonem zwrócił się do towarzysza. 
- Wysiadaj 
Mężczyzna był zaskoczony. 
- Dlaczego? 
- Wysiadaj. 
Przeraził się, ale opuścił samochód. Wolał nie pokazywać strachu. Podejrzewał, że najlepszą opcją to zostawienie na poboczu, a najgorsza to kulka w łeb. Trzymał nerwy na wodzy.  Moris wyłączył silnik, pociągnął go kawałek dalej. Podszedł najbliżej, jak mógł i nachylił się nad jego uchem. 
- Jesteś podejrzewany o bycie z FBI. Zdradza cię twoja towarzyszka. Albo wycofacie się, albo jesteście czyści. Postaw swoją żonę do pionu, bo inaczej stracicie życie. Radzę raczej wam wyjechać i to za granicę. 
Odsunął się, a serce biło mu szybciej. Z niecierpliwością czekał na reakcję dawnego przyjaciela. Toma zamurowało. Nie wiedział, jak się zachować. Czy zagrać w otwarte karty, czy iść w zaparte.  W oczach mężczyzny widział, coś znajomego. Przeczucie mówiło mu, że w głębi jest innym człowiekiem. Ciekawość zwyciężyła. 
- Dlaczego to robisz? 
Jack odwrócił się gwałtownie od niego, aby nie zauważył targającymi nim emocjami. Najchętniej potrząsnąłby psychologiem i osobiście wsadziłby go do samolotu. Na szczęście zaczął gładko kłamać. 
- Jeszcze nie tak dawno sam byłem agentem, a teraz jestem zdrajcą. Zdradziłem rodzinę, przyjaciół. Caroline została sama. Jeśli masz rodzinę, nie chcę, aby zostali sami... Nie chcę zabijać więcej kolegów... 
Sam mógłby uwierzyć w swoje kłamstwo. Poczuł tęsknotę za najbliższymi. Musiał wżąć się w garść. Wsiadł do pojazdu i czekał na towarzysza. Szybko ruszyli w drogę. Miał ogromną ochotę przyznać się przed nim, ale nie mógł. Dla jego i własnego dobra. Czas miał pokazać, czy podjął słuszną decyzję.  Więcej już nie rozmawiali, tylko zerkali na siebie niepewnie. 
Lancy po znalezieniu się w Waszyngtonie, umówił spotkanie z łącznikiem.  Spotkanie odbyło się w wesołym miasteczku. Powiadomił go o niebezpieczeństwie zdemaskowania, zapewniając gotowość do dalszego działania. Dostał polecenie kontynuowania zadania. Ucieszyło to go. Chciał dokonać aresztowania mafii. Robił to dla zamordowanych przyjaciół doktor Temperance Brennan i Seeleya Bootha. 
Po śmierci dynamicznego miał ogromne poczucie winy. Dwa dni przed tragedią ostatni raz ich widział.  Rozmowa między nimi była bardzo burzliwa, raczej można to nazwać ostrą kłótnią.  Opuścili wściekli jego gabinet. Kiedy zdał sobie sprawę, że nie miał racji, i tym razem przesadził było za późno. Użył zbyt ostrych słów i dał ponieść się emocją. Nie żyli i nie mógł z nimi o tym porozmawiać. 
Załamał się. Przytłaczało go to i nie umiał sobie z tym poradzić. Wściekał się na siebie, że nie zdążył przeprosić dynamicznego duo. Przez pierwsze miesiące zaniedbał swoje obowiązki i chodził zamyślony. Oddalał się od wszystkich i z nikim nie potrafił się porozumieć. Czuł się podle. Pewnego dnia zniknął bez śladu, jego telefon milczał, a drzwi mieszkania nikt nie otwierał.  Był przekonany, iż  nikt tego nie zauważy. 
Mylił się. Zezulce widzieli jego dziwne zachowanie i zrzucili je za żałobę. Sami też nie potrafili poradzić sobie z utratą przyjaciół. Z tych dwóch powodów zaglądali do jego gabinetu. Gadali o swoich uczuciach, a on siedział znudzony i zirytowany. Nie zrażali się, ponieważ na początku znajomości, narzucali mu się. Traktowali to, jak próbę utrzymania kontaktu. 
Mieli do niego służbowe pytanie. Kiedy przez cały dzień nikt nie mógł się z nim skontaktować, zaczęli się denerwować. Najbardziej martwił ich wyłączona komórka, a dyrektor potwierdził, że Sweets nie brał urlopu.  Pojechali do jego mieszkania i dobijali się, ale bez skutku.  Nie wiedzieli, co robić. Hodgins przyznał się do umienia otwierania drzwi za pomocą wytrycha. Spytał która z pań ma wsuwki. Vaziri westchnęła i wyjęła dwie z włosów podając mu je. 
- Nie chcę tego widzieć. 
Odwróciła się plecami i zakryła oczy prawą dłonią. Kennan stanęła kawałek dalej, podnosząc ręce do góry w geście bezradności. 
- No dobrze, ale nie widzę tego. Bo inaczej musiałabym was i siebie aresztować za włamanie. 
Do siebie powiedziała, kiwając głową 
- Kiedyś wpakują się w kłopoty 
  Jack rozpromienił się, był zachwycony.  Uśmiechnął się szeroko i zabrał do pracy. Skupiał się na zadaniu. Jego żona, Arastoo, Wendell przyglądali mu się z zapartym tchem. Po ustąpieniu zamka wypuścili powietrze i wpadli do zaniedbanego mieszkania.  
Lancy'ego znaleźli leżącego na kanapie w salonie. Wyglądał na wczorajszego. Na sobie miał tylko bokserki i podkoszulkę, włosy w nieładzie, a na twarzy dwudniowy zarost. Wyglądał jak siedem nieszczęść.  Caroline zwróciła się do niego ostrym i władczym tonem. 
- Co tutaj robisz? Powinieneś być w pracy.  
- Po co? 
Wszyscy byli zmartwieni, ale pozwolili mówić najstarszej osobie z całego towarzystwa.  
-Weź się w garść. Taki z ciebie psycholog?...  
Nie reagował na jej słowa, ale to kobiety nie zraziło.  
- Masz pomagać innym, a nie umiesz pomóc sobie? 
- Zrobiłem coś strasznego. 
- Nie odrobiłeś pracy domowej? Nie pomogłeś wskazać sprawcy? Znowu rozmawiałeś nieletnią bez jej opiekuna?  
-Nie... 
Sweets usiadł na kanapie i zaczął spoglądać na podłogę. Brakowało mu odwagi, aby spojrzeć na zebranych. Wiedział, że zdenerwują się, jak poznają jego sekret. 
- Pokłóciłem się z doktor Brennan i agentem Boothem. Trochę mnie poniosło i powiedziałem dużo ostrych, niepotrzebnych słów. 
Głos mu drżał. W nim dało się usłyszeć wściekłość, ból oraz żal. 
- Trochę czasu zajęło mi zrozumienie mojego błędu. Przesadziłem.  Wyszli wściekli.   
Cam podeszła do niego i spytała. 
- Żałujesz tego?  
Spojrzał na nią. 
-Nawet pani nie wie jak... Zginęli w przeświadczeniu, że ich współpraca ma się skończyć...  
Angela podeszła szybko do niego i spoliczkowała. W miejscu uderzenia pojawił się czerwony ślad ręki artystki.  
- Zasłużyłem. 
Kobieta widząc jego żałosną postać oraz swoje dzieło trochę uspokoiła się.  Pozostali obserwowali ich. Też byli wściekli na niego. Dynamiczne duo byli najlepsi w łapaniu przestępców. Po aresztowaniu przez Botha ojca Brennan zostali wysłani na terapię do Sweetsa. Nie potrzebowali tego, bo mimo kłótni dalej ścigali złych i potrafili się porozumieć. Byli najlepsi. Nikt nie powinien ich próbować rozdzielać, Tym bardziej ten dzieciak. Artystka zwróciła się do niego.  
- Zgadzam się.  Chociaż twoje poczucie winy powoduje rozgrzeszenie 
- Potrzebujemy cię - wtrąciła się Vaziri. – Nie dogadujemy się z agentami. Do tego potrzebna nam opinia w sprawie morderstwa. Podejrzewamy... 
Wzięła głęboki wdech, aby się uspokoić. Ciężko było pracować bez zmarłych przyjaciół. Każda o nich myśl powodowała ogromny smutek.  
-Wiem, że minęło już parę miesięcy od ich śmierci. Nie mamy żadnych dowodów przeciwko mafii. Na razie nie możemy udowodnić, że Wilter kazał ich zabić...Przydałaby się nam pomoc agentów, ale ci nie chcą nas słuchać.  Nie rozumieją, jak ważna jest nasza praca w schwytaniu przestępców. Patrzą na nas z góry. 
- Bo agenci nie zostali ustawieni do pionu przez Brennan -wtrąciła się artystka. – Tak jak Booth.  
-Angela – krzyknęła Cam. 
- Przecież tak było.  
Patolog zignorowała jej ostatnie słowa. Nie wiedziała tego, ponieważ dołączyła do nich później. Wtedy już Seeley nawiązał z nimi nić porozumienia. Wróciła do przerwanego wątku. 
- Mamy dowody poszlakowe przeciw mafii, ale adwokaci Flynna Wiltera obalają je. Tak jak te zebrane przez Brennan i Bootha... Musimy coś zrobić, a bez ciebie to się nie uda... 
Łzy popłynęły po jej policzku. Nie miała już chęci, aby o tym mówić. Nie miała ochoty przychodzić do laboratorium. Musiała znaleźć na to siły. Mordercy ich przyjaciół nadal byli na wolności i chciała doprowadzić ich przed ławę przysięgłych. Tak samo funkcjonowała reszta.  
Kiedy Seeley wyjechał do Iraku, a Temperance na wykopaliska na rok ich zespół rozpadł się. Teraz zemsta ich napędzała. Wiedzieli, że droga do niej może być długa, ale nie chcieli się poddawać. Rodzina, nawet ta bez więzi krwi była dla nich najważniejsza. Dlatego próbowali ratować jednego z nich. 
- Rozumiem. 
- Będziemy czekać na ciebie. 
Zostawili go samego, obawiając się, czy otrząśnie się i opuści mieszkanie.  Widok ich wszystkich, dał Sweetsowi do myślenia. Przypomniał sobie o innych i zrozumiał jaki był samolubny. Następnego dnia skruszony zjawił się w biurze. Dostał słowne upomnienie od dyrektora, który był wściekły. Nazwał to szczeniackim wybrykiem.  Nie tłumaczył się, wiedząc, że nic go nie usprawiedliwia. 
Pojechał do instytutu Jeffersona, gdzie na zezulców krzyczała pani prokurator. Wolałby nie pokazywać się kobiecie. Odczekał, aż skończy i używając swojej karty, wszedł na platformę, udając swobodę. Tak naprawdę denerwował się. 
- Może mogę pomóc? 
Caroline obrzuciła go srogim spojrzeniem. 
- Najwyższa pora. Bierz się do roboty dzieciaku. 
Najpierw przeszedł się i wszystkich przeprosił. Jack nawet pocieszycielsko go poklepał, a Angela uścisnęła. Camille i Caroline potraktowały go szorstko, a reszta przyjęła to spokojnie. Następnie wziął akta i zaszył się w gabinecie antropologa Wendella Braya. Zdawał sobie sprawę, że jest beznadziejnym psychologiem, skoro nie wiedział, jak poradzić sobie ze swoimi problemami. Zezulce i prokurator pomogli mu uporać się z załamaniem, a on znowu wysłuchiwał ich bez irytacji i znudzenia. 
Trzy lata później poślubił swoją ukochaną i byłą narzeczoną Daisy Wick, a po roku zostali rodzicami syna Seeleya Lancelota Sweetsa. Wiedli szczęśliwe życie. Kiedy natrafiła się okazja, aby doprowadzić do oskarżenia mordercy dynamicznego duo, tylko przez chwilę się wahał. Po powiadomieniu żony  o swoich planach, zgłosił się do dyrektora.  Zapewnił go, że Daisy nie ma nic przeciwko. Nagiął prawdę. Bała się, że coś mu się stanie, a do tego nie chciała, aby zostawiał ją samą z małym dzieckiem. Po burzliwej dyskusji zgodziła się. 
Szef niechętnie wyraził na jego udział w zadaniu, ale rozumiał pobudki. Do tego żadnemu innemu chętnemu nie ufał. Podejrzewał posiadanie kreta. Sweets już pół roku pracował pod przykrywką. W pewnym momencie zdawało mu się, że jest blisko doprowadzenia rozbicia grupy przestępczej.  Nagle wszyscy zdyscyplinowali się do niego i jego partnerki. Jedynie udało mu się zbliżyć do przyszłego zięcia Wiltera.   
Ten kiedyś opowiedział o morderstwie, które według niego było idealne. Dowiedział się, jak zaplanowano śmierć dynamicznego dua. Ledwo udało mu się zachować spokój i nie okazać swojej wściekłości. Słuchał, jak Don opowiada o podrzuceniu ciała, wybraniu potencjalnej trasy partnerów i wynajęciu zdesperowanego kierowcy.  Wspomniał o tym, że szef przyglądał się całej akcji z niewielkiej odległości, tak zalazło mu dynamiczne duo.  
Otrząsnął się ze wspomnień. Udał się ze swoją dziewczyną na randkę. Przed kolacją udali się do Mauzoleum Abrahama Lincolna.  Kiedy stali przed pomnikiem prezydenta, ostrymi słowami upomniał kobietę, zdradzając że są bliscy zdemaskowania. Nie widziała swojej winy. Według jej jest świetna w odgrywaniu swojej roli i nie miała sobie nic do zarzucenia.  
Ogarnęła go wściekłość. Kazał się jej podporządkować i zachowywać się bardziej naturalnie. Była od niego młodsza, ale nie miała do niego szacunku, ponieważ był psychologiem. Uważała, że jest od niego o wiele lepsza. Pracowała w terenie, a on większość czasu spędzał w swoim gabinecie. Zgadzała się z nim, aby nie porzucać zadania. 
Zacisnął zęby, aby na nie nakrzyczeć na nią. Nie wybaczył sobie puszczenia nerwów przy najlepszych partnerach w FBI. Miał nadzieję, że wszystko skończy się dobrze i mimo nieudolności partnerki, nic się nie stanie. Chciał doprowadzić całą akcję do końca. Nie wiedział, że zmierzają ku zagładzie.  
Po powrocie z randki zastanowił się nad jeszcze jedną kwestią. Dlaczego Moris go ostrzegł przed niebezpieczeństwem. Słyszał, że był agentem FBI, który przeszedł na drugą stronę.  Zabił kilku agentów. Zaczął podejrzewać, że jego ostrzeżenie to tak naprawdę próba ich zdemaskowania. Postanowił pozostać nieufny wobec mężczyzny i zachowywać się tak, jakby jego słowa były żartem.  
Tydzień później udało mu się dostać do tajnych plików i przekazać je łącznikowi. Dał też nieliczne nagrania. Trudno było nosić podsłuch, ponieważ nie można przewidzieć sytuacji, kiedy wszystkich sprawdzano. Dużo pomógł zwerbowany przez nich zaufany człowiek Wiltera. Cieszył się, że to koniec i wreszcie wróci do rodziny. 
Po powrocie ze spotkania do siedziby mafii został zaprowadzony przez Dona do ogrodu. Widok przed nim go przeraził. Ludzie Wiltera od brudnej roboty podtrzymywali Luisę. Jej twarz była opuchnięta i pokryta siniakami, a wargi spierzchnięte. Miała oczy czerwone od płaczu, a jej lewa ręka nienaturalnie wygięta, co najprawdopodobniej wskazywało na złamanie. Kolana były obwiązane jeszcze niedawno białe, przesiąknięte krwią.  
Domyślił się, że zostały przestrzelone. Wiedział, że to koniec. Cieszył się, że dopełnił obietnicę złożoną na grobie zmarłych. Odpowiedzialni za ich śmierć trafią przed sąd. Żałował, że nie doczeka tego i przyczynił się do śmierci młodej agentki. Wiedział, że już jest martwa. Pomyślał o Daisy i ich synu. Więcej ich nie zobaczy. Bał się, czy sobie poradzą. Wściekała się na siebie. Miał cały wrócić do domu. Do rodziny. Obiecał to żonie. Złamał ją. 
Zdawał sobie sprawę, że przyjaciele nie odpuszczą. Doprowadzą całą sprawę do końca. Mógł jedynie mieć nadzieję, że nic złego ich nie spotka. Nie mieli pojęcia nad czym pracuje. Oficjalnie dyrektor na polecenie z góry wysłał go do innego biura, aby przeprowadzić badania psychologiczne pewnego zespołu. Wybiliby mu z głowy pomysł z pracą pod przykrywką. Zastanowił się, co powiedzą, kiedy trafi na stół w Instytucie Jeffersona.