sobota, 11 listopada 2017

Jack Moris (Bones/ Kości) cz. II

Jack wzdrygnął się. Ogarną strach, że poznali jego tajemnicę.  Musiał zachować kamienną twarz, chociaż to mógł usłyszeć wyrok na siebie. Wilter spojrzał na niego pobłażliwie, jak ojciec na syna. Uśmiechnął się czule.  
- Wiem, że to cię przeraża. Mnie też. 
Był wściekły. Nie lubił uprzejmości Flynna. 
- Najgorzej, że jest z otoczenia narzeczonego mojej córki... 
- Co? - wyrwało się byłemu agentowi. 
- Wszystko wskazuje, że Luisa Donald jest kretem.  A jeśli to prawda, to zaufany posłaniec Dona, jej mąż Tom... 
Zatkało g. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z małego szczegółu. Według niego Lancy Sweets alias Tom Donald nie nadawał się na tajniaka.  Bał się o przyjaciela. 
- Na razie będziemy ich obserwować. Dlatego sprowadzimy ich tutaj. Liczę, że będziecie ich obserwować i uważać o czym rozmawiacie. Coś chcecie dodać? 
Ze swojego miejsca podniosła się prawa ręka do wykonywania wyroków, średniego wzrostu, barczysty mężczyzna. 
- Najlepiej spróbować namierzyć tych, kogo mogli zwerbować. 
Moris postanowił zaryzykować. 
- To, że Lusia jest szpiegiem, nie oznacza, że jej mąż o tym wie. Może przez przypadek coś jej zdradzić. 
To był desperacka próba ratunku dawnego przyjaciela.  Wszyscy spojrzeli na niego.   
- Wiem, że ciężko ci uwierzyć, że ktoś mógł dostać się do naszej rodziny, aby nas zniszczyć. Jesteś lojalny... 
Najchętniej zabiłby go, ale musiał udawać oddanie. 
- Jesteś dobry w tym, co robisz, ale lekko naiwny i dlatego jesteś tutaj.  Uważaj na niego. Masz na sumieniu nie jednego agenta i możesz dostać karę śmierci. Dodam, że też mam ich sporo na sumieniu. Nawet nie pamiętam ich nazwisk. 
Zacisnął pięści, starając nie okazać wściekłości. Po zakończonym spotkaniu udał się do swojego pokoju.  Walnął pięścią w ścianę. Usiadł na łóżku, aby się uspokoić i pomyśleć logicznie. Postanowił obserwować ich i w razie czego ochronić, niezależnie ile to by go kosztowało.   
Luisa i Tom Donald niczego nieświadomi wprowadzili się do domku dla służby. Spędzali dużo czasu w posiadłości, gdzie przy nich nie omawiano najważniejszych działań. Nikt nie wspomniał McGee'mu o całej akcji, ponieważ podejrzewali go o współpracę z wymiarem sprawiedliwości.  
Małżonków trzymano z daleka od Rose Wilter, siostry Jenny, Jerzego i Franka, która nie pochwalała działań rodziny. Była im oddana i nie miała zamiaru ich wydawać. Woleliby, aby nie próbowali jej przekonać do obrócenia się przeciwko bliskim.  Jej zdrada zabolałaby jej ojca, który ją uwielbiał.  
Pewnego dnia Jack wrócił domu i zauważył grupkę mafiosów siedzących na kanapie w salonie przed telewizorem. Spojrzał na ekran i doznał lekkiego szoku. Oglądali serial "Kości".  Nie mógł uwierzyć, iż przestępcy oglądali coś poświęcone osobom strzegącym prawa i łapiących tych złych.  Nagle jeden z nich stwierdził z rozżaleniem w głosie. 
- Poprzednia aktorka była lepsza. Bardziej realna. Przy niej można by uwierzyć, że taka antropolog istnieje. 
Jego kolega odezwał się, śmiejąc. 
- Na szczęście nie ma takiej antropolog jak Bones albo agenta jak Booth. 
Chciałby zobaczyć ich minę, kiedy dowiedzą się, że serial opowiada o prawdziwych ludziach. Spojrzał na psychologa, który siedział ze spuszczoną głową. Miał wrażenie, iż w jego postawie widzi poczucie winy. Jego prawie niezawodne przeczucie mówiło jedno. Chodziło o któregoś z bohaterów, czyli jednego z naukowców. Mógł przed przystąpieniem do zadania z kimś się pokłócić, ale nie wiedział z kim konkretnie.  
Mijały dni. Często z daleka obserwował państwa Donald. Zauważył, że dawny przyjaciel niczym się nie zdradzał. Wczuł się w swoją rolę i nikt nie powinien mieć wobec niego żadnych podejrzeń. Tym go zaskoczył. Wszystko psuła jego młodsza towarzyszka, która była sztywna. Ciągle czuła się niezręcznie i chciała uciekać stamtąd jak najszybciej. Nie potrafiła się odnaleźć. Miała też postawę agentki, której nie potrafiła się pozbyć. Musiał ostrzec Lancy'ego. 
Szukał dogodnej okazji na rozmowę bez świadków i możliwości podsłuchania. Denerwował się, że nie zdąży tego zrobić przed ich zdemaskowaniem. Trafiła się tydzień później. Miał przewieźć dużą sumę do Nowego Jorku. Postanowił zabrać ze sobą Toma. Don był wściekły, iż to nie on jedzie. Zabranie jego zaufanego człowieka, pozwoliło przełknąć tą gorzką pigułkę.  
Wilter nie był zachwycony obecnością Donalda, ale przekonał go do tego, aby upewnić się, co do lojalności mężczyzny. Tom i Jack w pierwszą stronę nie rozmawiali ze sobą, a prowadził człowiek McGee'go. Trzymali się na dystans. Przekazali całą sumę na ręce Franka i ruszyli w drogę powrotną. Za to z powrotem drugi zasiadł za kierownicą. Nagle zatrzymali się na drodze z dala od zabudowań. Ostrym tonem zwrócił się do towarzysza. 
- Wysiadaj 
Mężczyzna był zaskoczony. 
- Dlaczego? 
- Wysiadaj. 
Przeraził się, ale opuścił samochód. Wolał nie pokazywać strachu. Podejrzewał, że najlepszą opcją to zostawienie na poboczu, a najgorsza to kulka w łeb. Trzymał nerwy na wodzy.  Moris wyłączył silnik, pociągnął go kawałek dalej. Podszedł najbliżej, jak mógł i nachylił się nad jego uchem. 
- Jesteś podejrzewany o bycie z FBI. Zdradza cię twoja towarzyszka. Albo wycofacie się, albo jesteście czyści. Postaw swoją żonę do pionu, bo inaczej stracicie życie. Radzę raczej wam wyjechać i to za granicę. 
Odsunął się, a serce biło mu szybciej. Z niecierpliwością czekał na reakcję dawnego przyjaciela. Toma zamurowało. Nie wiedział, jak się zachować. Czy zagrać w otwarte karty, czy iść w zaparte.  W oczach mężczyzny widział, coś znajomego. Przeczucie mówiło mu, że w głębi jest innym człowiekiem. Ciekawość zwyciężyła. 
- Dlaczego to robisz? 
Jack odwrócił się gwałtownie od niego, aby nie zauważył targającymi nim emocjami. Najchętniej potrząsnąłby psychologiem i osobiście wsadziłby go do samolotu. Na szczęście zaczął gładko kłamać. 
- Jeszcze nie tak dawno sam byłem agentem, a teraz jestem zdrajcą. Zdradziłem rodzinę, przyjaciół. Caroline została sama. Jeśli masz rodzinę, nie chcę, aby zostali sami... Nie chcę zabijać więcej kolegów... 
Sam mógłby uwierzyć w swoje kłamstwo. Poczuł tęsknotę za najbliższymi. Musiał wżąć się w garść. Wsiadł do pojazdu i czekał na towarzysza. Szybko ruszyli w drogę. Miał ogromną ochotę przyznać się przed nim, ale nie mógł. Dla jego i własnego dobra. Czas miał pokazać, czy podjął słuszną decyzję.  Więcej już nie rozmawiali, tylko zerkali na siebie niepewnie. 
Lancy po znalezieniu się w Waszyngtonie, umówił spotkanie z łącznikiem.  Spotkanie odbyło się w wesołym miasteczku. Powiadomił go o niebezpieczeństwie zdemaskowania, zapewniając gotowość do dalszego działania. Dostał polecenie kontynuowania zadania. Ucieszyło to go. Chciał dokonać aresztowania mafii. Robił to dla zamordowanych przyjaciół doktor Temperance Brennan i Seeleya Bootha. 
Po śmierci dynamicznego miał ogromne poczucie winy. Dwa dni przed tragedią ostatni raz ich widział.  Rozmowa między nimi była bardzo burzliwa, raczej można to nazwać ostrą kłótnią.  Opuścili wściekli jego gabinet. Kiedy zdał sobie sprawę, że nie miał racji, i tym razem przesadził było za późno. Użył zbyt ostrych słów i dał ponieść się emocją. Nie żyli i nie mógł z nimi o tym porozmawiać. 
Załamał się. Przytłaczało go to i nie umiał sobie z tym poradzić. Wściekał się na siebie, że nie zdążył przeprosić dynamicznego duo. Przez pierwsze miesiące zaniedbał swoje obowiązki i chodził zamyślony. Oddalał się od wszystkich i z nikim nie potrafił się porozumieć. Czuł się podle. Pewnego dnia zniknął bez śladu, jego telefon milczał, a drzwi mieszkania nikt nie otwierał.  Był przekonany, iż  nikt tego nie zauważy. 
Mylił się. Zezulce widzieli jego dziwne zachowanie i zrzucili je za żałobę. Sami też nie potrafili poradzić sobie z utratą przyjaciół. Z tych dwóch powodów zaglądali do jego gabinetu. Gadali o swoich uczuciach, a on siedział znudzony i zirytowany. Nie zrażali się, ponieważ na początku znajomości, narzucali mu się. Traktowali to, jak próbę utrzymania kontaktu. 
Mieli do niego służbowe pytanie. Kiedy przez cały dzień nikt nie mógł się z nim skontaktować, zaczęli się denerwować. Najbardziej martwił ich wyłączona komórka, a dyrektor potwierdził, że Sweets nie brał urlopu.  Pojechali do jego mieszkania i dobijali się, ale bez skutku.  Nie wiedzieli, co robić. Hodgins przyznał się do umienia otwierania drzwi za pomocą wytrycha. Spytał która z pań ma wsuwki. Vaziri westchnęła i wyjęła dwie z włosów podając mu je. 
- Nie chcę tego widzieć. 
Odwróciła się plecami i zakryła oczy prawą dłonią. Kennan stanęła kawałek dalej, podnosząc ręce do góry w geście bezradności. 
- No dobrze, ale nie widzę tego. Bo inaczej musiałabym was i siebie aresztować za włamanie. 
Do siebie powiedziała, kiwając głową 
- Kiedyś wpakują się w kłopoty 
  Jack rozpromienił się, był zachwycony.  Uśmiechnął się szeroko i zabrał do pracy. Skupiał się na zadaniu. Jego żona, Arastoo, Wendell przyglądali mu się z zapartym tchem. Po ustąpieniu zamka wypuścili powietrze i wpadli do zaniedbanego mieszkania.  
Lancy'ego znaleźli leżącego na kanapie w salonie. Wyglądał na wczorajszego. Na sobie miał tylko bokserki i podkoszulkę, włosy w nieładzie, a na twarzy dwudniowy zarost. Wyglądał jak siedem nieszczęść.  Caroline zwróciła się do niego ostrym i władczym tonem. 
- Co tutaj robisz? Powinieneś być w pracy.  
- Po co? 
Wszyscy byli zmartwieni, ale pozwolili mówić najstarszej osobie z całego towarzystwa.  
-Weź się w garść. Taki z ciebie psycholog?...  
Nie reagował na jej słowa, ale to kobiety nie zraziło.  
- Masz pomagać innym, a nie umiesz pomóc sobie? 
- Zrobiłem coś strasznego. 
- Nie odrobiłeś pracy domowej? Nie pomogłeś wskazać sprawcy? Znowu rozmawiałeś nieletnią bez jej opiekuna?  
-Nie... 
Sweets usiadł na kanapie i zaczął spoglądać na podłogę. Brakowało mu odwagi, aby spojrzeć na zebranych. Wiedział, że zdenerwują się, jak poznają jego sekret. 
- Pokłóciłem się z doktor Brennan i agentem Boothem. Trochę mnie poniosło i powiedziałem dużo ostrych, niepotrzebnych słów. 
Głos mu drżał. W nim dało się usłyszeć wściekłość, ból oraz żal. 
- Trochę czasu zajęło mi zrozumienie mojego błędu. Przesadziłem.  Wyszli wściekli.   
Cam podeszła do niego i spytała. 
- Żałujesz tego?  
Spojrzał na nią. 
-Nawet pani nie wie jak... Zginęli w przeświadczeniu, że ich współpraca ma się skończyć...  
Angela podeszła szybko do niego i spoliczkowała. W miejscu uderzenia pojawił się czerwony ślad ręki artystki.  
- Zasłużyłem. 
Kobieta widząc jego żałosną postać oraz swoje dzieło trochę uspokoiła się.  Pozostali obserwowali ich. Też byli wściekli na niego. Dynamiczne duo byli najlepsi w łapaniu przestępców. Po aresztowaniu przez Botha ojca Brennan zostali wysłani na terapię do Sweetsa. Nie potrzebowali tego, bo mimo kłótni dalej ścigali złych i potrafili się porozumieć. Byli najlepsi. Nikt nie powinien ich próbować rozdzielać, Tym bardziej ten dzieciak. Artystka zwróciła się do niego.  
- Zgadzam się.  Chociaż twoje poczucie winy powoduje rozgrzeszenie 
- Potrzebujemy cię - wtrąciła się Vaziri. – Nie dogadujemy się z agentami. Do tego potrzebna nam opinia w sprawie morderstwa. Podejrzewamy... 
Wzięła głęboki wdech, aby się uspokoić. Ciężko było pracować bez zmarłych przyjaciół. Każda o nich myśl powodowała ogromny smutek.  
-Wiem, że minęło już parę miesięcy od ich śmierci. Nie mamy żadnych dowodów przeciwko mafii. Na razie nie możemy udowodnić, że Wilter kazał ich zabić...Przydałaby się nam pomoc agentów, ale ci nie chcą nas słuchać.  Nie rozumieją, jak ważna jest nasza praca w schwytaniu przestępców. Patrzą na nas z góry. 
- Bo agenci nie zostali ustawieni do pionu przez Brennan -wtrąciła się artystka. – Tak jak Booth.  
-Angela – krzyknęła Cam. 
- Przecież tak było.  
Patolog zignorowała jej ostatnie słowa. Nie wiedziała tego, ponieważ dołączyła do nich później. Wtedy już Seeley nawiązał z nimi nić porozumienia. Wróciła do przerwanego wątku. 
- Mamy dowody poszlakowe przeciw mafii, ale adwokaci Flynna Wiltera obalają je. Tak jak te zebrane przez Brennan i Bootha... Musimy coś zrobić, a bez ciebie to się nie uda... 
Łzy popłynęły po jej policzku. Nie miała już chęci, aby o tym mówić. Nie miała ochoty przychodzić do laboratorium. Musiała znaleźć na to siły. Mordercy ich przyjaciół nadal byli na wolności i chciała doprowadzić ich przed ławę przysięgłych. Tak samo funkcjonowała reszta.  
Kiedy Seeley wyjechał do Iraku, a Temperance na wykopaliska na rok ich zespół rozpadł się. Teraz zemsta ich napędzała. Wiedzieli, że droga do niej może być długa, ale nie chcieli się poddawać. Rodzina, nawet ta bez więzi krwi była dla nich najważniejsza. Dlatego próbowali ratować jednego z nich. 
- Rozumiem. 
- Będziemy czekać na ciebie. 
Zostawili go samego, obawiając się, czy otrząśnie się i opuści mieszkanie.  Widok ich wszystkich, dał Sweetsowi do myślenia. Przypomniał sobie o innych i zrozumiał jaki był samolubny. Następnego dnia skruszony zjawił się w biurze. Dostał słowne upomnienie od dyrektora, który był wściekły. Nazwał to szczeniackim wybrykiem.  Nie tłumaczył się, wiedząc, że nic go nie usprawiedliwia. 
Pojechał do instytutu Jeffersona, gdzie na zezulców krzyczała pani prokurator. Wolałby nie pokazywać się kobiecie. Odczekał, aż skończy i używając swojej karty, wszedł na platformę, udając swobodę. Tak naprawdę denerwował się. 
- Może mogę pomóc? 
Caroline obrzuciła go srogim spojrzeniem. 
- Najwyższa pora. Bierz się do roboty dzieciaku. 
Najpierw przeszedł się i wszystkich przeprosił. Jack nawet pocieszycielsko go poklepał, a Angela uścisnęła. Camille i Caroline potraktowały go szorstko, a reszta przyjęła to spokojnie. Następnie wziął akta i zaszył się w gabinecie antropologa Wendella Braya. Zdawał sobie sprawę, że jest beznadziejnym psychologiem, skoro nie wiedział, jak poradzić sobie ze swoimi problemami. Zezulce i prokurator pomogli mu uporać się z załamaniem, a on znowu wysłuchiwał ich bez irytacji i znudzenia. 
Trzy lata później poślubił swoją ukochaną i byłą narzeczoną Daisy Wick, a po roku zostali rodzicami syna Seeleya Lancelota Sweetsa. Wiedli szczęśliwe życie. Kiedy natrafiła się okazja, aby doprowadzić do oskarżenia mordercy dynamicznego duo, tylko przez chwilę się wahał. Po powiadomieniu żony  o swoich planach, zgłosił się do dyrektora.  Zapewnił go, że Daisy nie ma nic przeciwko. Nagiął prawdę. Bała się, że coś mu się stanie, a do tego nie chciała, aby zostawiał ją samą z małym dzieckiem. Po burzliwej dyskusji zgodziła się. 
Szef niechętnie wyraził na jego udział w zadaniu, ale rozumiał pobudki. Do tego żadnemu innemu chętnemu nie ufał. Podejrzewał posiadanie kreta. Sweets już pół roku pracował pod przykrywką. W pewnym momencie zdawało mu się, że jest blisko doprowadzenia rozbicia grupy przestępczej.  Nagle wszyscy zdyscyplinowali się do niego i jego partnerki. Jedynie udało mu się zbliżyć do przyszłego zięcia Wiltera.   
Ten kiedyś opowiedział o morderstwie, które według niego było idealne. Dowiedział się, jak zaplanowano śmierć dynamicznego dua. Ledwo udało mu się zachować spokój i nie okazać swojej wściekłości. Słuchał, jak Don opowiada o podrzuceniu ciała, wybraniu potencjalnej trasy partnerów i wynajęciu zdesperowanego kierowcy.  Wspomniał o tym, że szef przyglądał się całej akcji z niewielkiej odległości, tak zalazło mu dynamiczne duo.  
Otrząsnął się ze wspomnień. Udał się ze swoją dziewczyną na randkę. Przed kolacją udali się do Mauzoleum Abrahama Lincolna.  Kiedy stali przed pomnikiem prezydenta, ostrymi słowami upomniał kobietę, zdradzając że są bliscy zdemaskowania. Nie widziała swojej winy. Według jej jest świetna w odgrywaniu swojej roli i nie miała sobie nic do zarzucenia.  
Ogarnęła go wściekłość. Kazał się jej podporządkować i zachowywać się bardziej naturalnie. Była od niego młodsza, ale nie miała do niego szacunku, ponieważ był psychologiem. Uważała, że jest od niego o wiele lepsza. Pracowała w terenie, a on większość czasu spędzał w swoim gabinecie. Zgadzała się z nim, aby nie porzucać zadania. 
Zacisnął zęby, aby na nie nakrzyczeć na nią. Nie wybaczył sobie puszczenia nerwów przy najlepszych partnerach w FBI. Miał nadzieję, że wszystko skończy się dobrze i mimo nieudolności partnerki, nic się nie stanie. Chciał doprowadzić całą akcję do końca. Nie wiedział, że zmierzają ku zagładzie.  
Po powrocie z randki zastanowił się nad jeszcze jedną kwestią. Dlaczego Moris go ostrzegł przed niebezpieczeństwem. Słyszał, że był agentem FBI, który przeszedł na drugą stronę.  Zabił kilku agentów. Zaczął podejrzewać, że jego ostrzeżenie to tak naprawdę próba ich zdemaskowania. Postanowił pozostać nieufny wobec mężczyzny i zachowywać się tak, jakby jego słowa były żartem.  
Tydzień później udało mu się dostać do tajnych plików i przekazać je łącznikowi. Dał też nieliczne nagrania. Trudno było nosić podsłuch, ponieważ nie można przewidzieć sytuacji, kiedy wszystkich sprawdzano. Dużo pomógł zwerbowany przez nich zaufany człowiek Wiltera. Cieszył się, że to koniec i wreszcie wróci do rodziny. 
Po powrocie ze spotkania do siedziby mafii został zaprowadzony przez Dona do ogrodu. Widok przed nim go przeraził. Ludzie Wiltera od brudnej roboty podtrzymywali Luisę. Jej twarz była opuchnięta i pokryta siniakami, a wargi spierzchnięte. Miała oczy czerwone od płaczu, a jej lewa ręka nienaturalnie wygięta, co najprawdopodobniej wskazywało na złamanie. Kolana były obwiązane jeszcze niedawno białe, przesiąknięte krwią.  
Domyślił się, że zostały przestrzelone. Wiedział, że to koniec. Cieszył się, że dopełnił obietnicę złożoną na grobie zmarłych. Odpowiedzialni za ich śmierć trafią przed sąd. Żałował, że nie doczeka tego i przyczynił się do śmierci młodej agentki. Wiedział, że już jest martwa. Pomyślał o Daisy i ich synu. Więcej ich nie zobaczy. Bał się, czy sobie poradzą. Wściekała się na siebie. Miał cały wrócić do domu. Do rodziny. Obiecał to żonie. Złamał ją. 
Zdawał sobie sprawę, że przyjaciele nie odpuszczą. Doprowadzą całą sprawę do końca. Mógł jedynie mieć nadzieję, że nic złego ich nie spotka. Nie mieli pojęcia nad czym pracuje. Oficjalnie dyrektor na polecenie z góry wysłał go do innego biura, aby przeprowadzić badania psychologiczne pewnego zespołu. Wybiliby mu z głowy pomysł z pracą pod przykrywką. Zastanowił się, co powiedzą, kiedy trafi na stół w Instytucie Jeffersona.  







1 komentarz:

  1. Hej.
    Nadal męczą mnie opisy, a ilość postaci porządnie przytłacza. Nie umiem się rozeznać w tym, kto jest kim, do tego te wieczne wracanie do przeszłości - rozumiem, że przyjaciele mogą tęsknić za tym duetem, ale żeby po dziesięciu latach tak to przeżywać? Z doświadczenia wiem, że tyle czasu sprawia, iż nie pamięta się tak dobrze, choć to smutne.
    Przebrnęłam przez rozdział, ale w ogóle nie poczułam żadnych emocji. Nie mam wrażenie, że jest tu mafia, raczej jakaś sobie grupa z hierarchią, która ma problem w postaci kreta. Uważam, że mogłaś to pokazać bardziej plastycznie.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń