środa, 7 października 2015

przyjaciel z Hiszpanii cz. IV

Mężczyzna drżał o życie Diego. W okolicy były przepaście i tereny górzyste.  Pojechał tam i nawoływał, ale odpowiadało mu tylko echo.  Rozglądał się uważnie, ale nic nie zauważył. zastanawiał się, co przytrafiło się młodemu caballero.
                Minęła kolejna doba. Poszukiwania nic nie dały. Pod wieczór jeden z parobków przyprowadził konia zaginionego. Wszystko wskazywało, że jeździec został zrzucony. Jeśli nawet przeżył upadek, to były niewielkie szanse, że po takim czasie żyje.
                Alejandro złapał się ściany, gdy towarzysze wysnuli hipotezę, co mogło przydarzyć się jego synowi. Z twarzy odpłynęła mu krew. Ledwie stał na nogach. Został posadzony na krześle przez Bernardo. Ukrył twarz w dłoniach i zaczął szlochać.
                Wszystko wskazywało, że stracił jedynego syna. Życie zaczęło wydawać mu się bez sensu. Stracił kobietę swojego życia, a teraz najprawdopodobniej jedyne co po niej zostało. Ich jedyne dziecko.
                Antonio nie mógł patrzeć na cierpienie seniora rodu de la Vegów. Dosiadł konia i pojechał przed siebie. Nigdy nie był mocno wierzący, ale w tamtej chwili błagał Boga o zwrot Diego. Bał się, że don Alejandro nie przeżyje straty. Uważał obu de la Vegów za dobrych ludzi walczących o dobro mieszkańców. Starszy jawnie, a młodszy wkładając maskę.
                Odjechał spory kawałek od hacjendy. Znajdował się w pobliżu najgłębszej przepaści, na której dnie znajdował się strumień. Jeśli patrzyło się  z góry, to trudno było dostrzec błękitną wstęgę.  Wokół skaliste i wysokie góry. Ścieżka była wąska.
                Nagle jego wierzchowca spłoszył wąż.  Udało mu się utrzymać w siodle. Strach go opanował. Gdy zwierzę uspokoiło się, ześlizgnął się na ziemię. Na coś nadepnął. Podniósł skrawek żabotu białej koszuli noszonej przez caballero. Chociaż koloru można było się tylko domyślać, ponieważ tkanina była pożółkła, oraz wybrudzona piaskiem.  Widniały na niej ślady krwi.
                Poczuł dziwne podniecenie.  Podbiegł do urwiska i położył się na brzuchu. Przybliżył się do krawędzi i spojrzał w dół. Nie potrafił niczego dostrzec w otchłani. Patrzył tylko w przepaść. Ledwo dostrzegał wstęgę rzeki wijącą się na jej dnie. Nagle dostrzegł błękitny kolor na skalnej półce pod nim. Serce zamarło mu. Tam leżało ciało don Diego de la Vegi.  
                Spuścił głowę. Żal mu się zrobiło don Alejandro i samego przyjaciela, który miał przed sobą całe życie. Pozwolił sobie na jedną łzę, która spłynęła po policzku. Ciągle przyglądał się mężczyźnie.  Nie potrafił spuścić z niego wzroku.  Nie miał czasu na smutek, ponieważ ktoś nadjechał.
                 Był to Bernardo, który nie potrafił usiedzieć na miejscu. Valesco pokazał mu swoje tragiczne odkrycie. Służący padł na kolana i szlochał. Przywiązał się do swojego pana. Wspólna tajemnica zbliżyła ich.
                Antonio postanowił zostawić i pojechać do hacjendy de la Vegów. Dosiadł swojego wierzchowca i pędził jak wicher. Po drodze minął patrol żołnierzy, ale nie zwrócił na nich uwagi.  Przed bramą zeskoczył z konia i wpadł na dziedziniec, gdzie siedział ojciec jego przyjaciela . Wykrzyczał zdyszany
                - Znalazłem ciało Diego.
                Alejandro zerwał się z krzesła.
                Caballero rozpłakał się z rozpaczy. Nie wstydził się swoich łez. Jego świat właśnie runął. Stracił swój największy skarb. Syna.  Od odnalezienia konia podejrzewał, że jego dziecko może nie żyć. Tylko że to nie przygotowało go na tę łamiącą mu serce wiadomość .
                - Gdzie?
                Antonio opisał mu wszystko. Odnalazł linę i chciał ruszyć, aby wydobyć ciało. Wtedy odezwał się Alejandro. Jego głos był pusty.
                -Jadę z tobą. Muszę go zobaczyć.
                Valesco nie chciał wziąć ze sobą mężczyzny, ale wiedział, że nie odwiedzie go od ruszenia na pomoc synowi. Choćby  ten już był martwy, ale nadal był jego ojcem. Zebrali też sąsiadów, oraz kilku pastuchów.
                 Gdy dotarli na miejsce, de la Vega sam chciał zejść na skalną półkę po ciało swojego syna. Bernardo na migi oferował, że to on zejdzie na dół. Antonio też chciał spuścić się na skalny występek. Nie chciał, aby dokonał tego starszy z mężczyzn, ponieważ obawiał się o niego. Niemy służący nie mógł koordynować całą akcję z dołu. Wreszcie to Valesco zsunął się po linie.
                Diego leżał na plecach.  Antonio uklęknął i odwrócił go. Twarz ofiary była pozdzierana, oraz sina. Na skroni widniały stróżki skrzepłej krwi. Włosy były zlepione czerwoną cieczą. Lewa ręka była mocno spuchnięta. Nienaturalnie wygięta prawa noga. Klatka piersiowa lekko unosiła się. Diego de la Vega mimo wszystko żył. Valesco zaczął się śmiać.  Aby się upewnić, sprawdził puls. Wstał z kolan i krzyknął w górę.
                - On żyje!!!
                W jego głosie było słychać radość. Echo odpowiadało mu tak samo radośnie.  Alejandro stał w szoku. Fala radości rozlała się w jego sercu. Odetchnął z ulgą. Jego oczy zrobiły się wilgotne. Starał się zapanować nad emocjami, ponieważ wiedział, że teraz najważniejsze jest uratowanie Diego. Rozłożył się nad krawędzią przepaści i krzyknął w dół.
                - Co z nim?
                Antonio rozważył kłamstwo, aby nie martwić swoich towarzyszy na górze, ale nie widział w tym sensu.
                - Nie najlepiej.
                - Damy radę go wyciągnąć?
                - Spróbujemy.
                De la Vega kazał przywiązać drugą  linę do skały i spuścić ją w dół. Valesco obwiązał nieprzytomnego mężczyznę, sprawdził węzły i krzykną.
                - Gotowe.
                Na górze wszyscy zaczęli ostrożnie i powoli zaczęli wciągać linę. Gdy Diego był u samego szczytu przepaści, jego ojciec i służący wciągnęli go, chwytając za ręce.  Alejandro płakał ze szczęścia, iż trzyma syna w ramionach. Tak niedawno bał się, że stracił go na zawsze. Wsadził rannego do dwuosobowego powozu i ruszyli do hacjendy.
                Gdy Antonio wspiął się i wydostał z przepaści, ruszył do miasta po lekarza. Prędko wyjaśnił doktorowi sytuację i razem wybrali się w drogę.  Mężczyzna drżał o życie przyjaciela.  Cieszył się, że znalazł go żywego. Dziękował Bogu za ocalenie.  Miał nadzieje, że teraz wszystko będzie dobrze.
                Diego został umieszczony w swojej sypialni. Ojciec cały czas był przy nim. Doktor po przyjeździe zbadał uważnie pacjenta, oczyścił i opatrzył rany. Następnie zwrócił się do starszego caballero.
                - Jego urazy są poważne. Do tego wycieńczenie organizmu... Ale ma wolę przeżycia.
                - Czy?...
                W głosie don Alejandro można było usłyszeć strach.
                - Nie mogę wiele powiedzieć. Najbliższe dni pokażą, czy przeżyje. Przykro mi przyjacielu. Proszę, abyś był dobrej myśli. Jest młody i silny.
                - Dziękuję.
                - Pamiętaj, aby delikatnie poić pacjenta. Na razie niewielkimi ilościami i ostrożnie.
                Lekarz żartobliwie pogroził palcem
                -Jeszcze raz dziękuję.
                Zebrani w salonie czekali na jakąkolwiek wiadomość. Zjechali się tutaj zaraz po tym jak wydobyli Antonio ze skalnej pułki.  Doktor po zejściu tam, przekazał te same wiadomości co de la Vedze. Wszyscy cieszyli się z odnalezienia Diego, oraz współczuli tragedii. Czuli się niezręcznie, więc szybko rozjechali się i przekazali dalej wiadomość o odnalezieniu zaginionego.
                W hacjendzie został tylko Antonio Valesco. Chodził nerwowo po salonie. Martwił się o swojego przyjaciela. Nie usłyszał jak Bernardo do niego podchodzi.  Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z jego obecności. Służący próbował coś mu powiedzieć za pomocą gestów. Gdy nie został zrozumiany, rozejrzał się i szybko nakreślił w powietrzu " Z".
                - Zorro jest potrzebny?
                Bernardo kiwnął głową. Antonio zamyślił się.
                - Ktoś może połączyć zniknięcie Zorro z niemocą Diego.
                Nagle uśmiechnął się tajemniczo i zawadiacko.  Wpadł mu do głowy szalony  pomysł. 
                - Więc będzie trzeba spróbować go zastąpić. Pomożesz?
                Bernardo przytaknął i pokazał ukryte przejście  w szafie.
                -  Więc jest więcej przejść? - mężczyzna udawał  oburzonego. - Więc mi nie ufa.
                Zeszli do jaskini zamaskowanego banity. Valesco wdział czarny strój i maskę.  Przypiął szpadę i bat do boku. Tornado nie był zachwycony nowym jeźdźcem, ale po dłuższej chwili pozwolił dosiąść swojego grzbietu.
                Antonio szybko i sprawnie rozprawił się z komendantem i powrócił do jaskini. Cała przygoda tak mu się spodobała, że postanowił godnie zastępował przyjaciela. Znając w Hiszpanii młodego de la Vegę, mógł chociaż trochę go naśladować.
                Wujowi jego żony przypadła do gustu jego postawa. Cenił  oddanie wobec przyjaciela. Don  Benito Prieto  należał do caballeros, którzy trzymali się razem. Gdy pojawił się narzeczony jego małej bratanicy, obawiał się jak Hiszpan nie odnajdzie się w ich tradycjach. Gdy okazało się, że jest przyjacielem młodego de la Vegi,  zaufał mu.  Skoro młody mężczyzna w Madrycie okazał szacunek koloniście, to uszanuje panujące w Kalifornii prawa.
                Antonio każdą wolną chwilę spędzał w hacjendzie de la Vegów, aby doglądać Diego i wesprzeć jego ojca. Luiza nie była zachwycona postawą męża. Dopiero co zostali małżeństwem, a mało czasu spędzali razem. Inne donie i donny próbowały wyjaśnić jej, że to postawa godna caballero. Mieszkańcy sąsiednich hacjend też zjawiali, aby wesprzeć don Alejandro i spytać o stan zdrowia jego syna.
                Alejandro prawie nie opuszczał sypialni Diego. Nawet spał na krześle przy jego łóżku. Co jakiś czas płakał.  Strach o życie syna nie opuszczał mężczyzny. Od czasu do czasu przemawiał do swojego nieprzytomnego dziecka.
                - Diego, synu... Wiem, że moja uwagi mogły cię zranić... Mogłeś zacząć podejrzewać, że wstydzę się ciebie.
                Głos mężczyzny drżał.
                - To nie prawda. Jesteś moim dzieckiem i jestem z ciebie dumny.
                Położył swoją prawą dłoń na lewej ręce młodego de la Vegi.
- Mogłeś źle odebrać moje wyrzuty. Mogłeś pomyśleć, że wstydzę się ciebie.
               Jego głos łamał  się.
                - Jesteś moim synem i zawsze będę stał po twojej stronie, wspierał w twoich postanowieniach. Tylko obudź się synu... Proszę. Nie chcę cię stracić. Kocham cię Diego.

                

poniedziałek, 28 września 2015

Przyjaciel z Hiszpanii cz. III

Wtedy poznał tożsamość Zorro. Zamaskowanym obrońcą uciśnionych był Diego de la Vega.. Był w szoku. Chociaż fakty pasowały. Jego przyjaciel był świetnym szermierzem w Madrycie, ale w Los Angeles uchodził za mężczyznę nieumiejącego posługiwać szpadą.  Jego służący w Hiszpanii był tylko niemy, a w Kalifornii uważali go za głuchoniemego od urodzenia. Do tego Diego ucinał rozmowy o zamaskowanym jeźdźcu. 
                Odczekał kilka dni i poprosił przyjaciela o lekcję szermierki. Umówili się niedaleko skał, z dala od domostw.  Trawa ususzona wokół i skały dookoła, piętrzące się na kilkanaście metrów. Wokół rosło kilka prawie suchych krzaków.
                Po przybyciu na miejsce od razu ostrza ich szpad uderzały o siebie. Ruchy obu mężczyzn były płynne. Żaden z nich nie wahał się, podczas zadawania ciosów.  Ich walka była zabawą. Żaden z nich nie próbował zranić drugiego. Bawili się jak za studenckich czasów. Nagle Antonio chichocząc, spytał.
                - Trenujesz czasem z Bernardo?
                Diego niczego nie spodziewał się.  Był pewien, że jego tajemnica jest bezpieczna. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że dawny przyjaciel mógł skojarzyć jego bierność z tajemniczym banitą. Był rozluźniony.
                - Trochę. Wolałbym nie wyjść z wprawy.
                - Niedawno widziałem jak walczy Zorro.
                - Myślisz, ż mógłbym go pokonać?
                - Nie. Ty nim jesteś.
                Diego zatrzymał się nagle i skamieniał. Zdanie wypowiedziane przez Valesco przeraziło go. Starał się głośnym śmiechem , zamaskować zdenerwowanie.
                - Ja? Zorro? Ile dzisiaj wypiłeś?
                Antonio był rozluźniony. Cała sytuacja go bawiła. Opuścił szpadę i przysiadł na skale. Uśmiechał się figlarnie.
                -  Wiem to od kilku dni. Od twojego  pojedynku z komendantem.
                Coraz lepiej bawił się,  obserwując panikę w oczach de la Vegi.
                - Cios zadany tamtego dnia, rozbroił mnie przed laty w Madrycie.
                Bernardo miał się na baczności. Uważnie słuchał całej rozmowy, w razie czego gotowy rzucić się w obronie swojego pana.  W prawej ręce dzierżył bat.   Valesco wybuchnął śmiechem. Rozumiał zachowanie służącego i jego skupienie na nim.  Strach, który opanował de la Vegę był coraz bardziej widoczny, chociaż starał się ukryć.
                - Spokojnie. Nie zamierzam cię wydać. Robisz to, o czym inni tylko marzą.
                Zamyślił się na chwilę.
                - Ale miło poznać czyjś sekret. Twój ojciec wie?
                Zorro rozluźnił się. Zrozumiał, że dalsze zaprzeczanie nie ma sensu. Opuścił szpadę i przysiadł. Widział w oczach dawnego przyjaciela aprobatę dla swoich działań, oraz podziw. Poczuł się bezpiecznie.
                - Nie, nie wie. Nie chcę go narażać. Tylko Bernardo zna moją tajemnicę.
                - I ja - odparł radośnie Antonio. - Więc Bernardo słyszy, ale nikt nie zwraca uwagi na głuchoniemego służącego.
                - Oraz na niezdarnego i nieumiejącego walczyć jego pana. Chociaż to nie znaczy, że oszukałem wszystkich.
                Złośliwy uśmiech przebiegł po twarzy caballero.
                - Raz prawie zostałem zdemaskowany przez kapitana Monastario. 
                - I co?
                Antonio był zaintrygowany.
                -Nie miał dowodów i nikt nie uwierzył mu. Nawet wicekról, ojciec naszego kolegi ze studiów. Monastario aresztował mnie, ale to on został skazany, a ja wolny. Mój brak umiejętności ocalił mi życie.
                Zerknął na służącego.
                - Wszystko w porządku Bernardo. Nic nam nie grozi. Możesz opuścić broń i spocząć.
                Służący ani drgnął. Valesco zwrócił się do niego.
                -Gdybym chciał was wydać, to już bylibyście w więzieniu. A do tego mam ogromny dług wobec  was.
                Diego roześmiał się wesoło.
                - Nie wątpię przyjacielu.
                Poklepał towarzysza po ramieniu.
                - Ale zachowaj to dla siebie
                - Oczywiście Zorro. Teraz rozumiem, czemu nie chciałeś, abym rozpowiadał o twoich umiejętnościach szermierczych.
                Zamyślili się. Bernardo rozluźnił się. Uśmiechnął się przyjaźnie. Położył na ziemi bat i też przysiadł na skale, ale kilkanaście metrów od dwójki przyjaciół.  Po chwili Antonio odezwał się ponownie.
                - Luiza chciałaby po ślubie przenieść się do Hiszpanii. Jej wuj wolałby, aby pozostała tutaj. Bardzo kocha swoją bratanicę. Udało mi się znaleźć  kompromis. W podróż poślubną wybierzemy się do Madrytu i po kilku miesiącach powrócimy do Kalifornii, aby osiąść tutaj na stałe. W razie kłopotów będziesz u nas mile widziany jako Diego i jako Zorro.
                - Dziękuję.
                Valesco i de la Vega powrócili do przerwanego pojedynku. Antonio nie był tak dobry jak Diego. Za każdym razem przegrywał. To nie psuło mu humoru. Zbyt wiele razy widział przyjaciela walczącego na studiach. Możliwość pojedynkowania się z takim mistrzem było powodem jego dumy.   Gdy zmęczyli się walką, powrócili do hacjendy de la Vegów. Tam Diego pokazał  Antoniemu  tajne przejście z sypialni do jaskini.  Ten odezwał się.
                -  Zorro to prawdziwy ty. De la Vega, którego tutaj poznałem, nie był moim przyjacielem z czasów studiów.
                Diego przytaknął z poważną miną.
                - Masz rację. Stworzyłem  leniwego i niezdarnego Diega, abym mógł działać nie narażając ojca.  Będąc  Zorro, jestem sobą.
                Nagle jego głos zrobił się jeszcze poważniejszy. Można było wyczuć lodowaty ton, który miał maskować uczucia młodego caballero. Bał się, co będzie po jego śmierci. Czy ojciec pozna prawdę i czy nikt nie pozna jego tajemnicy, co może zagrozić don Alejandro.
                - Gdyby coś mi się stało, to mam prośbę do ciebie.  Bernardo zbyt przywiązuje uwagę do pamiątek...
                - Diego...
                Valesco był zbyt zdenerwowany,  aby spokojnie słuchać. Nie wiedział czego potrzebuje przyjaciel,  chociaż czuł że sytuacja jest poważna i coś martwi jego rozmówcę. Nie chciał myśleć o martwym przyjacielu. Dopiero w tamtej chwili zrozumiał jak niebezpiecznego zadania podjął się caballero.
                - Muszę mieć pewność, że nikt z moich bliskich nie ucierpi prze ze mnie. Jeśli odkryją moją tożsamość, pomóż uciec mojemu ojcu i Bernardo. Zniszcz też wszystkie rzeczy Zorro.  Nawet jeśli nie odkryją mojej tożsamości.  Zadbaj też o Tornado.
                Antonio widząc powagę przyjaciela i uznając jego argumenty postanowił się zgodzić, aby zapewnić  mu spokój.
                - Zrobię wszystko co w mojej mocy.
                Przez dłuższy czas nie rozmawiali o zamaskowanym banicie, aż do kolejnej lekcji na kilka dni przed ślubem Luizy i Antonia.  Nie wiedzieli, że za skał obserwuje ich don Alejandro.  Na początku nie podsłuchiwał, więc ominęła go rozmowa o przygodach jego synach. Nagle usłyszał jak gość z ich hacjendy mówi.
                - Powinieneś porozmawiać z ojcem.
                Starszy mężczyzna zaczął uważnie nasłuchiwać. Chciał dowiedzieć się, o czym miał mu powiedzieć Diego.
                - Po co? - w głosie mężczyzny można było wyczuć zirytowanie i rozżalenie. - Nigdy nie będę synem, którego on pragnie. Ma mało okazji, aby być ze mnie dumny. Nie takiego syna pragnął. Nie biernego na  krzywdę dziejącą się z rąk komendanta, oraz nieumiejącego bronić własnego honoru.
                 Młody de la Vega kopnął leżący kamień.  Valesco próbował przekonać go łagodnym głosem.
                - Twój ojciec kocha cię takiego, jaki jesteś. Na pewno nie dajesz mu dowodu do wstydu.
                Diego krzyknął.
                - Nie chwytam za szpady jak inni caballero. Szukam nie siłowych rozwiązań. Gdy inni walczą, to ja siedzę w hacjendzie.
                - Przestań. Twój ojciec ma wielkie szczęście, mając takiego syna.
                Alejandro dalej nie słuchał. Zrozumiał, że syn  źle cię czuł, gdy on dawał mu zrozumieć, iż nie spełnia jego oczekiwań.  Zdał sobie sprawę, iż musi okazać mu więcej troski. Nie chciał, aby Diego myślał, że starszy de la Vega nim pogardza. Chciał, aby jego jedyne dziecko wiedziało, iż jest kochane. Wrócił do hacjendy. Od tamtej pory starał się poświęcać więcej czasu Diego, ale ten zawsze znajdował wymówkę.
                Sześć dni później odbył się ślub Luizy i Antonia. Wesele trwało całe popołudnie i noc. Nad ranem goście rozjechali się. Wieczorem don Alejandro de la Vega podniósł alarm. Słońce chowało się za horyzontem, a jego syn nie powrócił. Było dwóch świadków odjazdu młodego caballero na koniu po zakończeniu przyjęcia. Sąsiedzi, przyjaciele, ich pracownicy, oraz żołnierze ruszyli na poszukiwania.
                Dwa dni po ceremonii w hacjendzie pojawili się państwo Valesco. Miał dużo szczęścia, ze zastał starszego de la Vegę, który chwilę wcześniej wrócił z poszukiwań. Antonio nie wiedział o zniknięciu przyjaciela, ponieważ spędził ostatnie dni ze swoją małżonką i nikt nie chciał go niepokoić.
                - Witam don Alejandro. Jest Diego?
                Dopiero po chwili zobaczył podkrążone oczy mężczyzny i strach malujący sie na jego twarzy. Atmosfera udzielała się też jemu.
                - Czy coś się stało?
                - Diego jeszcze nie wrócił. Szukaliśmy go wszędzie.
                -Skąd nie wrócił?
                - Z wesela.
                 Antonio zaczął się denerwować. Powinien ruszyć do miasta, aby zdążyć na dyliżans, aby ruszyć w podróż poślubną. Przeprosił swoją małżonkę i ruszył z de la Vegą na poszukiwania jego syna. Towarzyszył im Bernardo. Rozdzielili się.

                Mężczyzna drżał o życie Diega. W okolicy były urwiska i tereny górzyste.  Pojechał tam i nawoływał, ale odpowiadało mu tylko echo.  Rozglądał się uważnie, ale nic nie zauważył. zastanawiał się, co przytrafiło się młodemu caballero

poniedziałek, 21 września 2015

Przyjaciel z Hiszpanii cz. II

Minął miesiąc i rozpoczęły się przygotowania do ślubu. Diego de la Vega został drużbą młodej pary.  Zaczęto omawiać szczegóły ceremonii.  Młody de la Vega nie zapominał o swoich obowiązkach.
                Pewnego dnia kapitan Lovato dokonał aresztowania mieszkańca Los Angeles za zakłócanie porządku i skazał na dziesięć batów. Tak naprawdę przeszkadzało mu, że mężczyzna wyśpiewywał w gospodzie pieśni  pochlebne o zamaskowanym bandycie, który wielokrotnie poniżył cały garnizon.
                Oczywiście Zorro nie mógł pozostać obojętny i postanowił uwolnić nieszczęśnika. Pod osłoną nocy podjechał pod garnizon i rozejrzał się uważnie. Podejrzewał, że to pułapka. Miał plan wybawienia żołnierzy z garnizonu. Podjechał do studni  na środku placu i krzyknął.
                - Kapitanie. Zapraszam do mnie.  Czekam tutaj.
                Nagle za bramą garnizonu dało się słyszeć ruch, oraz krzyki  i żołnierze wyjechali, aby ścigać zamaskowanego banitę. Ten ich  wywiódł kawałek od miasta i wrócił. Wjechał na teren garnizonu, gdzie zostało tylko trzech żołnierzy i kapitan.  Szeregowców pokonał szybko, ale komendant to inna sprawa. Walka była zażarta  Szala zwycięstwa przechyliła się na stronę Zorra.
                Więzień przyglądał się uważnie walce. Gdy banita odciął klucze i rzucił mu je. Mężczyzna szybko otworzył drzwi celi i wybiegł. Po chwili usłyszał jak wybawiciel krzyknął.
                -Uciekaj amigo.
                Nie trzeba było mu tego powtarzać dwa razy. Po chwili wybiegł na dziedziniec i zniknął w najbliższym zaułku. Zorro uśmiechnął się i wepchnął komendanta do wodopoju  dla koni. Wyciął "Z" na jego ubraniu i gwizdnął.  Po krótkim czasie zjawił się Tornado. Wskoczył na grzbiet swojego rumaka.  W bramie odwrócił się i krzyknął żartobliwie w stronę swojego rywala, salutując mu.
                - Do następnego razu kapitanie.
                Luiza i Antonio tego wieczoru wraz  z ciotką kobiety gościli w mieście. Oglądali występ flamenco w oberży. W chwili wyjazdu zamaskowanego banity stali przed budynkiem. Mężczyzna  nie musiał pytać kim jest jeździec, ponieważ pasował do opisu don Alejandro .
                 Gdy usłyszał  krzyki banity w nocnej ciszy, ton głosu wydał  się znajomy.  Wiedział, że w ten sposób  mówienia odpowiada docinkom Diego podczas  pojedynków.   Zastanowiło go to, ale postanowił nie rozmawiać o tym z przyjacielem.
                Następne dni upłynęły spokojnie.  Dopiero po tygodniu nastąpiła kolejna awantura.  Komendant postanowił zastawić według niego zmyślną pułapkę na swojego wroga. Chociaż nie był pierwszy. Kiedyś rewolucjoniści zrobili to samo. Tylko, że przebrali wtedy swoją ofiarę w czarny strój bandyty.
                W poniedziałek w południe miała odbyć się egzekucja Diega de la Vegi, podejrzanego o bycie Zorro. Specjalnie wybrał najmniej podejrzaną osobę, aby nikt w to nie uwierzył.  Tylko, że nikt nie wiedział, iż mają prawdziwego Zorro. Ojciec  mężczyzny wraz z innymi caballeros próbowali go uwolnić.
                Bernardo wpadł na lepszy pomysł. W noc poprzedzającą egzekucję młodego de la Vegi jego służący włożył czarny strój i maskę, a następnie dosiadł Tornarda. Ruszył do garnizonu.  Wspiął się po ścianie i dostał na dach, który był obstawiony. Po chwili  żołnierze dostrzegli go. N szczęście został wyszkolony  walce na szpady. Uchylał się przed kulami i dzielnie walczył.
                Radził sobie dosyć dobrze z Garcią. Odciął mu klucze i rzucił więźniowi. Ten otworzył celę i wyślizgnął się  z garnizonu. Kilku żołnierzy zauważyło go, ale postanowili pozwolić mu umknąć.  Przy Tornado znalazł  drugie przebranie. Po przebraniu się wspiął się na dach i zeskoczył na wóz z sianem. Gwizdnął.         
                Bernardo rozejrzał się. Gdy wzrokiem odnalazł cień swojego pana, podszedł do niego, znikając w ciemnościach. Diego zamienił się miejscami ze służącym. Walczył odważnie i zażarcie. Nie  szczęścił kąśliwych uwag pod adresem komendanta. Gdy stał na dachu, rzucił radośnie.
                - Adios komendancie.
                Skłonił się i zeskoczył na grzbiet wiernego rumaka. Po znalezieniu się w kryjówce, okazał wdzięczność służącemu.
                - Dziękuję ci Bernardo za uratowanie mi życia. Mam wobec ciebie dług wdzięczności.
                Ten spuścił oczy. Wyglądał na zawstydzonego. Zorro  poklepał go przyjaźnie i roześmiał się cicho. Prawie został stracony. Tym razem nie musiał sam ratować życia. Cieszyło go, to że ma na kim polegać.  Chociaż wiedział, że kiedyś może zawisnąć na szubienicy. Nie chciał o tym myśleć. Trochę go to przerażało. 
                 Odsuwał od siebie wizję śmierci.  Bał się śmierci. Tym bardziej, że może umrzeć w samotności i bardzo powoli. Mógł nikt nigdy nie dowiedzieć się, że go nie ma wśród żywych. Istniała też możliwość, iż zostanie zabity i zdemaskowany. 
                 Chociaż najbardziej obawiał się, że za jego maskaradę zapłaci jego ojciec. Przecież komendant może uznać iż starszy caballero znał tajemnice swojego syna. Możliwe tez było, że będzie chciał pomścić swoje dziecko. To mogło zaprowadzić Alejandro na szubienicę. Diego nigdy nie chciał zguby ojca, ale było za późno na wycofanie się. Miał nadzieję, że nigdy nie sprowadzi nieszczęścia na swoją rodzinę.
                Szybko przebrał się i  tajnym przejściem dostał się do salonu swojej hacjendy.  Po cichu opuścił budynek i za bramę.  Kilka razy upadła na ziemię, aby wybrudzić ubranie, które też  rozdarł.  Tępym nożem zrobił niewielką ranę na ramieniu, oraz nodze.
                Wpadł na teren hacjendy i zataczając się wszedł po schodach. Zaczął stukać pięścią  w drzwi sypialni ojca. Po chwili don Alejandro wyłonił się z sypialni. Przeglądał mu się uważnie. Cieszył się, że jego syn jest w domu cały i zdrowy, chociaż kilka godzin temu widział go w celi.  Objął syna i zaprowadził do jego sypialni.
                - Co się stało?
                - Zorro mnie uwolnił z więzienia. Lepiej będzie, jeśli przez kilka dni nie pojawię się  mieście.
                Starszy mężczyzna cieszył się, że nic nie jest jego dziecku. Chociaż nie wiedział, czego spodziewać się po komendancie i czy nic nie grozi jego synowi. 
                Odnalazł Bednarda i przekazał mu na migi, aby przygotował kąpiel dla swojego pana.  Służący udawał, że nic nie wie o  powrocie mężczyzny. Wykonał polecenie de la Vegi i udawał zdziwienie na widok syna właściciela hacjendy.
                Diego de la Vega przez dwa dni nie opuszczał swojego pokoju. W tym samym czasie Zorro musiał uratować  wieśniaka przed szubienicą przygotowaną dla niego, czy to dla tego w masce, czy bez niej.
                Mieszkańcy  zjawili się tłocznie przed garnizonem, aby zobaczyć egzekucję jednego z najbogatszych caballeros. Wybiło południe, gdy żołnierze wyszli za bramy, prowadząc chłopa aresztowanego za długi i prowadzili go na szafot.
                W tej samej chwili wyłonił się zamaskowany jeździec.  Zeskoczył z siodła i wyciągnąwszy szpadę rozciął więzy wieśniaka. Żołnierze rzucili się na Zorro. Chcieli go złapać. Walczyli najlepiej jak umieli, ale i tak nie stanowili dla niego zagrożenia. Bawił się doskonale, odpierając atak. Na jego twarzy gościł szeroki uśmiech.
                Na niewielkim placu, gdzie stała po środku studnia, a wokół znajdowały się budynki.  Ludzie kłębili się między straganami i zastanawiali się, co zrobi komendant, oraz jaka będzie odpowiedź banity. Nie odrywali wzroku od rozgrywającej się sceny.  Zbyt bali się, aby samemu przeciwstawić się kolejnemu tyranowi. Swoje nadzieje pokładali w czarno odzianym obrońcy, który właśnie pokonał bez wysiłku kilku żołnierzy.
                - Ostrzegałem kapitanie.
                - Straż...
                Mężczyzna w masce pokiwał głową. Wyglądał na niezadowolonego. Wyciągnął szpadę w stronę swojego rywala.
                - Wolałbym pojedynek z panem, kapitanie.
                Komendant Leonardo Alfaro  wyciągnął szpadę i ruszył na Zorro. Nie nosił zamaskowanego  jeźdźca.  Uwielbiał władzę, więc ucieszyło go mianowanie na komendanta garnizonu w Los Angeles. Miasteczko było małe, ale podejrzewał, iż nikt nie zainteresuje się losem mieszkańców i będzie mógł wywrzeć na nich presję. Jego plany pokrzyżował ich zamaskowany obrońca. Gdy działa się niesprawiedliwość, ten zjawiał się na swoim czarnym koniu.
                Próbował dowiedzieć się czegoś o tożsamości swojego wroga. Rozpytywał ludzi, ale nikt nie chciał mu pomóc. Opowiadali o czynach Zorro. Nasłuchał się o Monastario, sędzi, który był nieuczciwy i Orle, będącym rewolucjonistą.  Nie wierzył we wszystkie wyczyny swojego rywala.
                Usłyszał też o podejrzeniach wobec młodego de la Vegi, oraz opis obu aresztowań. Od razu wyśmiał Monastario. Zdążył na tyle poznać caballero, aby zdać sobie sprawę, iż mężczyzna  zbyt unika rozwiązać siłowych, aby być Zorro.  Do tego w obu przypadkach banita uratował go. Więc jednego mieszkańca mógł skreślić ze swojej listy.
                Zamaskowany banita zarzucił pelerynę na lewe ramię i nie czekał biernie, tylko ruszył ku przeciwnikowi. Wymieniali zażarcie ciosy między sobą. Żaden nie odpuszczał. Oboje nie chcą przegrać pojedynku. Dla jednego oznaczałoby to śmierć, a dla drugiego upokorzenie.
                Wśród tłumu stał Antonio Valesco. Ruchy Zorro wydawały się mu dziwne znajome. Zdawało mu się, że widział je dawno temu. Próbował odszyfrować do kogo należą, ale nie mógł sobie przypomnieć.
                Następnie w nocy przyśnił mu się sen. Śnił o pojedynku z Diego de la Vega. Na studiach obraził studenta z Kalifornii i wyzwał na pojedynek. Tak rozpoczęła się ich przyjaźń.  Przebudził się, gdy Diego przyłożył szpadę do jego piersi. W nocnej marze jego przeciwnik miał czarną pelerynę, narzuconą na lewe ramię.
                Wtedy poznał tożsamość Zorra. Zamaskowanym obrońcą uciśnionych był Diego de la Vega. Był w szoku. Chociaż fakty pasowały. Jego przyjaciel był świetnym szermierzem w Madrycie, ale w Los Angeles uchodził za mężczyznę nieumiejącego posługiwać szpadą. Jego służący w Hiszpanii był tylko niemy, a w Kalifornii uważali go za głuchoniemego od urodzenia. Do tego Diego ucinał rozmowy o zamaskowanym jeźdźcu.  

               
               

               


sobota, 29 sierpnia 2015

Przyjaciel z Hiszpanii cz. I

Czas na nową opowieść. Tym razem będzie to historia o banicie, który staje po stronie skrzywdzonych ludzi. Jest ścigany przez żołnierzy, ale nikt nie potrafi go złapać. Prowadzi podwójne życie. Czy już wiecie kto to?



Przyjaciel z Hiszpanii cz. I




Do Los Angeles zajechał dyliżans. Wśród pasażerów znajdował się Antonio Valesco. Przyjechał do Kalifornii, aby bliżej poznać wuja swojej narzeczonej. Gdy wysiadł przed oberżą, rozejrzał się. Wiedział, że gdzieś w tej okolicy mieszka jego przyjaciel z czasów studiów.
                Postanowił poprosić o nocleg w gospodzie i udać się do wujostwa wybranki serca. Nagle przy studni zobaczył młodego de la Vegę. Ucieszony tym widokiem, podszedł do mężczyzny. Krzyknął radośnie, ściskając go.
                - Diego
                Ten spojrzał na nowoprzybyłego i rozpoznał przyjaciela z Hiszpanii. To spotkanie ucieszyło mężczyznę.
                - Antonio. Ile się nie widzieliśmy?
                - Od czasu, gdy nagle opuściłeś Hiszpanię. Jak czuje się twój ojciec?
                -  Dobrze, chociaż syn trochę go rozczarował.
                Valesco zdziwił się. Myślał, że Alejandro będzie dumny z syna.
                - Tak. A to dlaczego?
                Diego uśmiechnął się tajemniczo.
                Później ci wyjaśnię. A ciebie, co tu sprowadza?
                - Moja ukochana. Jest najmłodszą córką i jej nic nie zostało z majątku ojca. Więc ma przejąć  dobra bezdzietnego wuja. Więc, aby poślubić senorite  Luizę Prieto, to muszę wkraść się w jego  łaski. Namawiałem ja, aby zrzekła się majątku, ponieważ starczy nam moich pieniędzy. Ale ona nie chce sprawić przykrości wujowi. Więc nie miałem wyjścia. Do tego chce nam tutaj wyprawić wesele.
                Kalifornijczyk znał rodzinę kobiety. Jej wujostwo mieszkało po sąsiedzku i jako dzieci razem się bawili.
                - Zawsze była ulubienicą wuja. Ojciec chciał mnie z nią wyswatać.  Całe szczęście, że zjawiłeś się ty.
                Oboje wybuchnęli śmiechem.  Antonio nie musiał obawiać się przyjaciela, ponieważ zauważył przy ostatniej jego wypowiedzi rozbawienie. A do tego to jego wybrała Luiza.
                - Gdzie się zatrzymasz?
                - W tutejszej oberży.
                Diego  głośno zaprotestował.
                - Nie ma mowy. Zapraszam cię do mojej hacjendy.
                Przybysz nie chciał sprawiać problemu przyjacielowi, ale ten ciągle go namawiał. Chciał mieć go na niego oko. Bał się, że  mężczyzna może powiedzieć coś,  co  ujawni mieszkańcom kim jest Zorro. Nagle pojawił się Bernardo.
                - Witaj Bernardo.
                Służący nie zareagował, co zdziwiło Valesce. De la Vega zadrżał. Antonio znal w Hiszpanii jego służącego i wiedział, że słyszy. Na poczekaniu wymyślił historyjkę.
                - Bernardo miał na statku wypadek i stracił słuch. Aby nie tłumaczyć całej historii,  mówię że  jest głuchoniemy od urodzenia.
                 Poszli i wynajęli powóz, ponieważ mały powóz, którym caballeros przyjechał do miasta nie pomieści łby trzech osób .  Następnie bez trudności dotarli do hacjendy. W salonie siedział don  Alejandro. Przywitał się z synem i spytał.
                - Kim jest twój gość?
                - Przyjacielem z czasów studiów w Hiszpanii, oraz narzeczonym Luizy Prieto. Antonio  Valesco.
                Gospodarz skłonił się przybyłemu.
                -  Miło mi gościć pana w naszym domu senior Valesco. Jak rozumiem zostanie pan u nas?
                - Jeśli to nie będzie problemem.
                - Żadnym. Każę przygotować pokój gościnny. A teraz zapraszam na kieliszek wina.
                - Może później ojcze - wtrącił się Diego. Udawał rozluźnionego, ale bał się rozmowy obu mężczyzn. Obawiał się, że przyjaciel zdradzi coś o jego umiejętnościach szermierczych. - Chciałbym  pokazać naszemu gościowi moją kolekcję książek
                Valesco zdziwił się. Nie wyobrażał sobie  młodego de la Vegi bez szpady, a na dodatek czytającego książki. Nie odezwał się słowem, ponieważ liczył na jego późniejsze wyjaśnienia. Pospiesznie przeszli do biblioteki. tam usłyszał odpowiedź na nurtujące go pytania.
                - Bernardo prze ze mnie stracił słuch. Doszło do tego podczas pojedynku na statku. Wtedy przysiągłem, że nigdy więcej nie będę walczył. Pozbyłem się nagród i  zacząłem udawać, że nie umiem posługiwać się szpadą. Okłamuję ojca, który pragnie syna skorego do walki o swoje prawa. Ale nie mogę dopuścić, aby prze ze mnie ucierpiały niewinne osoby. Dlatego poje pojedynki zachowaj dla siebie.
                Antonio zrozumiał mężczyznę.  Postanowił nie wspominać o jego umiejętnościach, aby nikt nie zmuszał go do walki. Skłonił się i opuścił bibliotekę. Pożyczył konia i pojechał do domu wujostwa senority  Prieto. Antonio spędził kilka ciekawych dni w Kalifornii. Wuj narzeczonej polubił go i z miłą chęcią przywitał w rodzinie.
                  Wszyscy zauważyli, że  mężczyzna stanowi przeciwieństwo swojego przyjaciela. Dobrze posługuje się szpadą, jest pełen energii i skory do sięgania po broń.  W Los Angeles zawsze towarzyszył mu Diego. Niektórzy dziwili się, że tak różni mężczyźni odnajdują nić porozumienia.
                Pewnego dnia siedzieli w gospodzie i pili butelkę wina, gdy podszedł do nich Garcia. Sierżant był wesoły.
                - Don Diego.
                - Witam sierżancie. Napije się pan z nami?
                - Dziękuję don Diego.
                Przysadzisty żołnierz usiadł na ławie i odezwał się radośnie.
                - Niedługo będę bogaty.
                - W jaki sposób pan się wzbogaci? - spytał  Antonio.
                - Wiem jak złapać Zorro.
                - Kogo?
                De la Vega uśmiechnął się. Stłumił w sobie śmiech. Znał te plany sierżanta. Niektóre sam mu podpowiedział. Lubił też podsycać entuzjazm wojskowego.
                - Na pewno tym razem panu się uda.
                - Ale kim on jest?
                - Za długo by opowiadać - wtrącił się Diego. - Jaki to plan?
                - Przeszukam okoliczne jaskinie. Przecież musi gdzieś mieć kryjówkę. Wybrałem te najbliżej miasta.
                Mężczyźni dopili wino i rozeszli się. Żołnierz powrócił do koszar, a jego towarzysze do hacjendy. Gdy Diego przebierał się, Antonio siedział z  don Alejanro w salonie. Postanowił wykorzystać sytuację i uzyskać informacje.
                - Kim jest Zorro.
                Gospodarz uśmiechnął się.
                - Nie dziwię się, że pan o nim nie słyszał  senor. Według wojska i prawa to przestępca.  A tak naprawdę to obrońca uciśnionych. Pojawił się, gdy byliśmy prześladowani przez kapitana Monastario.  Uwalnia niesłusznie aresztowanych i ratuje tych, co są w tarapatach. Nikt nie zna jego prawdziwej tożsamości. Dzięki temu nadal działa. Uratował mi życie, gdy byłem ranny i ścigany przez żołnierzy. Wyciągnął mnie z garnizonu. Gdy uciekliśmy, a ja nie dawałem iść dalej nie zostawił mnie, aby ratować własne życie. Zazwyczaj działa po zmroku. Jest ubrany na czarno, ma pelerynę i maskę...
                Bernardo ukryty w tajnym pomieszczeniu, podsłuchiwał całą rozmowę.
                - ... doskonały szermierz. nie jest przeciwko prawu, tylko staje w jego obronie. Gdy dzieje się niesprawiedliwość to ludzie liczą na niego...
                Służący postanowił zostawić panów samych i pobiegł do sypialni Diega. Po wejściu pokazał, że w salonie rozmawia się o Zorro. Po pokoju rozniósł się donośnym śmiechem.
                - Mam nadzieję, że Antonio łyknął naszą historię o twoim ogłuchnięciu. Lepiej przerwijmy im tą rozmowę.
                Zszedł na dół i namówił przyjaciela na odwiedziny u jego narzeczonej.










wtorek, 28 lipca 2015

Diesięcioletnia nieobecność cz. XII. KONIEC

Zaczął płakać, ukrywając twarz w dłoniach. Po jakimś czasie do sali wszedł Max. Był zaskoczony widząc zięcia.
            -Booth?
            Przyjrzał się mężczyźnie. Widział na twarzy przerażenie i frustrację. Postanowił wyjaśnić mu, że kłamali.
            - Nie gniewaj się na Parkera. To ja nie chciałem cię zawiadamiać. Temperance chciałaby, abyś skończył kurs.
            Seeley spojrzał na teścia.
            - Nie powinienem wyjeżdżać.
            Keenan uśmiechnął. Zbyt dobrze znał swoją córkę i wiedział, że postawiłaby na swoim. Chociaż jej mąż też potrafił być uparty.
            - Byłaby zła, gdybyś nie pojechał.
            Uśmiechnął się.
            - Jest uparta jak osioł.
            Spojrzał na twarz ukochanej kobiety i uśmiech zszedł z jego twarzy.
            -Jak długo tu leży?
            - Osiem dni.
            - Co ze mnie za mąż?
            Był wściekły na siebie. Keenan nie mógł słuchać oskarżeń zięcia.
            - Jesteś świetnym mężem, oraz ojcem. wspierasz ją w chorobie. Przy niej udajesz silnego.
            - Nie wiem czy teraz dałbym rady udawać. Nie mam sił.
            Znowu zaczęły płynąć łzy po policzku Seeley'a. Do tej pory radził sobie z chorobą żony. Ale teraz była najbliżej śmierci, niż wcześniej.  Zawsze starał się pocieszać ukochaną i nie okazywać strachu. Później odreagowywał pędząc samochodem w nieznanym kierunku, albo siedząc w barze. Czasem popłakiwał. Woził ją po lekarzach i na terapię, pocieszał dzieci. Teraz był bliski załamania psychicznego. Radość życia ulatywała z niego powoli.
            - Nie trać wiary.
            Max poczuł się skrępowany.
            - Zamówiłem na dzisiejszy wieczór mszę za zdrowie Temperance. Wiem, że nie jest wierząca, ale ...
            Nie wiedział jak wyjaśnić potrzebę modlitwy za niewierzącą córkę. Kochał ją i chwytał się wszelkich możliwości ratunku. Miał nadzieje, że wiara przyjaciół może ocalić jego dziecko.
            - Wszyscy idą?
            - Tak.  Dzieci też zabieramy. Nawet Arastoo idzie.
            - Do wieczora zostanę tutaj.
            - Przyjdę po ciebie.
            Keenan ucałował Tempi i wyszedł. Seeley mocniej ścisną rękę ukochanej.
            - Słyszysz Bones? Wszyscy wierzą w ciebie. Max nie chce cię stracić.
            Wstał z krzesła i pocałował ją w policzek. Gdy z powrotem usiadł na krześle i obserwował pogodę za oknem. Zagłębił się we wspomnieniach związanych z początkami znajomości z doktor Brennan. Po chwili zaczął opowiadać jej, to co pamiętał. Koło szóstej po południu zjawił się Max z Parkerem, Hankiem i Christine. Razem pojechali do kościoła, gdzie czekała reszta. Dawno nikt z nich nie modlił się tak gorliwie i szczerze.
            Gdy wyszli ze świątyni bożej, Parker włączył telefon i zobaczył, że ma nieodebrane połączenie. Numer należał do szpitala. Przeraził się. Szybko odzwonił. Po rozmowie, ulga wymalowała się na jego twarzy. Nikt nie wiedział co się dzieje. Patrzyli po sobie. Zdenerwowanie narastało. Wreszcie Angela nie wytrzymała.
            - Co się stało?
            -Bones zaczęła samodzielnie oddychać. Budzi się też ze śpiączki. Pojechali do szpitala, ale lekarz nie zgodził się na odwiedziny. Angela, Seeley, oraz Max robili mu awanturę, ale doktor był nieugięty. Postraszył całe towarzystwo ochroną.
            Opuścili szpital i pojechali do domu Hodginsów. Siedzieli tam całą noc, nie zamieniając ze sobą ani słowa. Bali się, że to zbyt piękne, aby było prawdziwe. Siedzieli w milczeniu. Ich myśli krążyły wokół dawnych czasów. Sprzed dziecięciu laty.
            Rankiem pojechali z powrotem w szpitalu. Gdy lekarz ich dostrzegł, spytał.
            - A państwo dokąd? Pacjentka powinna odpocząć...
            Nie chcieli słuchać zakazu wstępu do sali.
             - Co z nią? - spytał Russ.
            - W nocy odzyskała przytomność.
            - Żądamy widzenia się z pacjentką - odparła srogo artystka.
            Doktora irytowała cała grupa. Uważał, że kobieta potrzebuje odpoczynku, a nie krzyków całej ferajny. Byli nieustępliwi, więc ustąpił.
            -No dobrze. Ale wejść może tylko jedna osoba.
            Wszyscy zgodzili się, że powinien to być Booth. Mężczyzna po cichu wślizgną się do sali i usiadł przy łóżku kobiety. Brennan zaczęła mrugać. Wstał i nachylił się nad ukochaną. Był szczęśliwy, widząc ją przytomną. Co sugerowało, że niebezpieczeństwo minęło. mógł trochę odetchnąć. Cieszył go, że znowu widzi te piękne oczy. Westchną cicho z ulgą.
            - Bones
            Uśmiechnęła się. Cieszyła się, widząc ukochanego. Gdy obudziła się w nocy, radość przepełniła jej serce. Wiedziała, że od dłuższego czasu była nieprzytomna. Podczas śpiączki słyszała głosy najbliższych, czuwających przy jej łóżku.
            Chciała odezwać się do męża. Łzy zaczęły spływać po policzkach mężczyzny.  Wziął ją za dłoń.
            - Nic nie mów kochanie. Teraz już może być tylko lepiej. Wszyscy martwili się o ciebie. Podobno siedzieli u ciebie dzień i noc. Dziwię się, że pielęgniarki nie wyrzucały ich z sali. Stęskniłem się za tobą
            Znowu uśmiechnęła się. Cieszyła się na widok Bootha, ale zastanawiała się, czy dotrzymał słowa i skończył szkolenie. Wyszeptała z trudem
            - Jak tam szkolenie?
            Zmieszał się. Nie wiedział co odpowiedzieć. Uznał, że na prawdę jest zbyt słaba, więc postanowił ją zataić. Wiedział, że zdenerwuje się, gdy dowie się, że wyjechał bez słowa. Takie zachowanie zamykało mu drogę do bycia agentem, co mogłoby się nie spodobać kobiecie.
            -Dobrze. Nie martw się. Musisz trochę odpocząć. Reszta zajrzy jutro. Zostanę przy tobie.
            Siedzieli w milczeniu. Nie potrzebowali słów, aby się zrozumieć. Cieszyli się chwilami razem. Nawet ona zaczęła wierzyć, że może wyjść z choroby i być jeszcze długo szczęśliwa, mając taką wielką i oddaną rodzinkę. Oboje po południu zasnęli.
            Wieczorem Seeley'a obudził lekarz, któremu zmiękło serce widząc dwoje zakochanych. Najbardziej rozczulił go mężczyzna śpiący na krześle, a jego głowa spoczywała pod ręką małżonki.
            -Proszę iść coś zjeść. Przecież siedzi pan tutaj cały dzień.
            - Nie zostawię jej samej. Nie chcę, aby teraz była sama. A przecież złożyliśmy przysięgę, że będziemy razem w zdrowiu i chorobie.
            - Rozumiem. Ale nie pomoże jej pan, jak się pan rozchoruje.
Do sali wszedł Cullen i Sweets. Dyrektor zwrócił się do swojego byłego agenta.
            - Sweets zostanie z doktor Booth, a my musimy porozmawiać..
            Oboje wyszli z sali. Wyraz twarzy Cullena nie zdradzała żadnych emocji. Podejrzewał, że dostanie mu się za nagłe zniknięcie.
            - Coś się stało dyrektorze?
            -Rozmawiałem z szkoleniowcami i kursantami. Wracasz do pracy.
            Seeley ucieszył się.  Uwielbiał pracę w FBI. Zdawał sobie sprawę, że wszystko wraca do normalności.
            - Dziękuję dyrektorze.
            - Byłeś najlepszym agentem, a z tego co słyszałem to i policjantem. Więc przydasz się nam. Będziesz współpracował z Jeffersonem.
                        - A co z agentem, który z nimi współpracował?
             Cullen uśmiechnął się tajemniczo.
            - Złożył skargę na ciebie i Angelę. Obie odrzuciłem. Zachowałeś się świetnie, gdy aresztowałeś Hanibala. A Angela była pijana....
 Na chwilę zamilkł. Wyglądało, że nad czymś rozmyśla.
            - Ty dogadujesz się z nimi, a on nie. Doktor Vaziri ucieszyła wiadomość, że wracasz do współpracy. Czeka też na twoją żonę.
            Cullen skinął na agenta specjalnego i wyszli ze szpitala. Przed budynkiem natknęli się na Angelę i Wendella. Wtedy spytał  się ich.
            -  Kto z was zabierze go do domu, aby się odświeżył i coś zjadł.
            Wendell zgłosił się na ochotnika i zabrał Bootha do mieszkania jego syna. Booth wziął szybki prysznic i przebrał się. Towarzyszący mu dawny asystent Temperance przyglądał mu się badawczo. Wiedział, że nie musi się obawiać o agenta, ale wolał mieć go na oku.
            Seeley udawał, że nie widzi dziwnego zachowania towarzysza. Rozumiał to, co  młodszy męzczyzna robi. Raz ich stracili, a teraz Bones prawie umarła. A gdyby ona nie przeżyła, to by go zabiło. Oni o tym wiedzieli i dlatego martwili się. Przyjaciołom zależało na ich dwójce.
            Teraz powinni wyluzować. Ale nadal martwili się. Przecież dopiero co jego żona obudziła się ze śpiączki i jeszcze nie odetchnęli.
            Uśmiechnął się. Przyjaźnie poklepał młodszego mężczyznę i opuścili mieszkanie. Następnie pojechali do Royal Diner. Po złożeniu zamówienia Booth odezwał się z lekkim rozczuleniem.
            - Nadal tutaj jest. Co za dziwne uczucie znowu tutaj siedzieć po dziesięciu latach.
            Wendell uśmiechnął się.
            -Tutaj ma się wrażenie, że czas się zatrzymał.  Od kiedy ten serial powstaje, to lokal cieszy się popularnością... My nadal tutaj jemy.
             Seeley zamyślił się.  Po chwili westchną.
            - Ciężko będzie nam odzyskać reputację przez ten serial.
            - Najważniejsze, że znowu będziesz z nami pracował. Chętnie też ustąpię stanowisko doktor Brennan.
            Zaczęli rozmawiać  na temat działania instytutu. Gdy wrócili do szpitala, Max siedział przy córce. Zebrali się też pozostali przyjaciele. Było zbyt tłoczno., więc część z nich rozjechała się do domu. Następnie dogadali się, kiedy i kto będzie towarzyszył Temperance w szpitalu. Wszyscy chcieli wspierać doktor Brennan.
            To umożliwiało natychmiastowy powrót Bootha do pracy, co ucieszyło chorą. Wszyscy też pomagali w opiece nad dziećmi.
            Stan zdrowia doktor Booth poprawił się na tyle, że mogła przejść kolejną chemię.  Podczas terapii ciągle wymiotowała i sporo straciła na wadze. Znowu rodzina i przyjaciele drżała  o jej życie.  Po półrocznej przerwie przeszła kolejną terapię. Po niej zdziwiony onkolog oznajmił, że rak został pokonany. Chociaż w przyszłości mógł powrócić.
            Wszyscy odetchnęli z ulgą. Świętowali przez długi czas.  To nie oznaczało, że nie mieli oka na kobietę. Przez rok bali się, że mogą ją stracić.
             Jak tylko Temperance zaczęła czuć się lepiej, rozpoczęła pracę w instytucie. Szybko uczyła się posługiwać nowinkami technicznymi. Chociaż  wolała sama badać kości, niż powierzać to komputerowi.
            Wygrała zawody z komputerem, Wendellem, albo Clarkiem. Z Seeley'em  byli znowu najlepsi i dostawali najciekawsze sprawy. Cullen odszedł na emeryturę. Na szczęście nowy dyrektor był przychylny dynamicznemu duo.
            Państwo Booth kupili duży dom, gdzie znalazło się miejsce dla Parkera. Młodzieniec cały czas starał się dorównać ojcu. Życie od nowa zaczęło się układać.
            Jeśli chodzi o serial "Kości", producent zwolnił Caroline Moris ( Temperance  Brennan Booth) Nowa aktorka nie sprawdzała się i serial został zdjęty z anteny.
            Temperance i Seeley musieli ciężko pracować, aby nie kojarzono ich z bohaterami tego serialu i odzyskać reputację sprzed lat.
            Państwo Hodgins, państwo Vaziri, Wendell, Clark, Sweets, oraz Parker cieszyli się, że państwo Booth byli z nimi i że cała rodzina jest razem
            Cztery lata później rodzina z Instytutu Jeffersona witała na świecie córkę Parkera Bootha, małą Joy. Nie mogli nachwalić się małej kruszynki. Dumny ojciec podczas przyjęcia podał dziecko Bones.
            - I jak się czujesz jako babcia.
            Wzięła małą na ręce i przytuliła do serca.
             -Nie jestem jej babcią.
            Przewrócił teatralnie oczami. Po twarzy błąkał się rozbawiony uśmiech. Brennan nadal nie wyzbyła się swojej logicznej natury, ale  wszyscy do tego przywykli.
            - Jesteś nią. Twoim mężem jest mój ojciec, więc należysz do naszej rodziny. Jesteś ważna dla mnie, tak jam moja mama. Nie ma osoby, która bardziej zasłużyła sobie na bycie trzecią babcią małej Joy, naszego szczęścia.
            Seeley wziął wnuczkę na ręce i zwrócił się do syna.
            - Nosek ma po tobie
            - A oczy po swojej matce - wtrąciła się Temperance. - Chociaż te niebieski kolor oczu może się jeszcze zmienić
            Żona Parkera podeszła do nich. Przypatrywała się z czułością zgromadzonym gościom.
            - Mam ogromne szczęście, że parę lat temu Parker zerwał ze swoją dziewczyną. Ponieważ niedługo potem znalazłam swojego rycerza w lśniącej zbroi, oraz cudowną rodzinę w waszej osobie i waszych przyjaciół.
            Bones po chwili odezwała się.
            - Parker nie jest rycerzem, rycerze wymarli...
            Zebrani wybuchneli śmiechem. Nikt nie myślał o niedawnym strachu o życie doktor Booth.
            Teraz wiedli szczęśliwe życie. Współpraca FBI z Instytutem Jeffersona kwitła tak jak za dawnych czasów. Państwo Booth znów słynęli jako dynamiczne duo, a nie  jako postacie fikcyjne z serialu. Byli szczęśliwi.
            Tworzyli jedną, wielką rodzinę, którą każde nowe doświadczenie wzmacnia. Szczęście zależało do nich.


>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
Przepraszam, że tyle czasu nic nie wstawiałam i długo mogę nic nowego wstawić, ponieważ  pojechałam do pracy w Krynicy Morskiej i po pracy nie zawsze chce mi się przepisywać.

           


           KONIEC