czwartek, 4 lutego 2016

Rozterki życiowe oraz emocjonalne człowieka i bohatera cz. I

Cierpienie jest na pewno rodzajem sensu. Bezsens przecież nie boli.
Cierpienie jest próbą człowieczeństwa człowieka,
próbą jego wewnętrznej prawdy;
jego maski opadają, traci sens wszelka gra.
ks. Józef Tischner


Bywają w życiu chwile,
których ból daje się zmierzyć dopiero po jego przeżyciu,
i wówczas dziwi nas, iż zdołaliśmy go znieść
Maria Kalergis

Jest to historia o człowieku, który jak Zorro pomaga mieszkańcom swojego miasta
nosząc przebranie i przybierając pseudonim.  U swojego boku ma młodego pomocnika
Robina, oraz wiernego lokaja Alfreda. Ale co się stanie, gdy dotknie go kolejne nieszczęście?
Jak sobie z tym poradzi?  Czy bliscy pomogą mu się otrząsnąć  po tragedii i wrócić do normalności?
Czy tym razem przegra walkę ze swoimi emocjami? Czy podniesie się i wróci do normalności?

Bohaterowie:
Bruce Wayne/ Batman
Dick Grayson - wychowanek Bruce'a/ Robin
Alfred Pennyworth - lokaj Wayne'a
komisarz James Jim Gordon
detektyw Harvey Bullock
Selina Kyle/ Kobieta Kot
Barbara Gordon/ Batgirl
doktor Leslie Thompkins- lekarz Batmana
John Morstan- następca Alfreda.

               
                Ulicami Gotham City mknęła limuzyna Wayne'a, prowadzona przez Alfreda Pennywortha,  a na tylnym siedzeniu siedział wychowanek milionera Dick Grayson. Zbliżali się w stronę biurowca, pod którym z niecierpliwością czekał Bruce Wayne. Ciągle spoglądał na zegarek. 
                Nagle za zakrętu wyjechał sportowy samochód z nadmierną prędkością. Kierowca stracił panowanie nad pojazdem i wjechał w inny pojazd , a ten uderzył w limuzynę. Jeszcze kilka innych wozów uderzyło w nich. Po ulicy, wokół  wraków rozlała się benzyna.
                Jeden ze wściekłych kierowców wygramolił się ze swojego samochodu z cygarem w zębach. Zaczął się wygrażać i zanim zdążył zareagować  jego tlący się niedopałek upadł na jezdnię. Rozpętało się piekło. Rozbite auta stanęły w płomieniach. Było słychać wycie i krzyki rozpaczy Wszystko trwało kilka minut. 
                Bruce ruszył w stronę , gdzie zdarzył się wypadek.  Chciał pomóc poszkodowanym, ale rozpowszechniający się ogień mu to utrudniał.   Gdy chciał wejść między płomienie, świadkowie siłą go powstrzymali. Zjawiła się straż pożarna.  Po ugaszeniu pożaru Wayne przyglądał się zgliszczom, oraz ratownikom, którzy ruszyli na pomoc.  Panowała cisza, nikt nie miał szans na przeżycie.
                Jego uwagę przykuła limuzyna, która wydawała się znajoma. Podszedł do niej.  Drzwiami od kierowcy była wbita w słup.  Prowadzący pojazdem  próbował zakryć dłońmi twarz. Szczątki  były częściowo zwęglone, w niektórych miejscach skóra odchodziła od ciała. Na tylnym siedzeniu znajdował się denat w podobnym stanie co kierowca. Sprawdził obu czy puls jest wyczuwalny. Niczego nie wyczuł.
                Nagle przez jego ciało przeszedł dreszcz. Skamieniał. Zdał sobie sprawę, że to jego pojazd. Zdał sobie sprawę, że stracił bliskie osoby.  Na desce rozdzielczej leżała częściowo zwęglona czapka Alfreda.  Złapał ją, wyciągnął i  przycisnął do siebie. Jego serce rozpadło się.  Chciało mu się płakać, ale starał się zapanować nad emocjami. Od wraku odciągnął go jeden ze strażaków.
                 Na miejscu zjawili się komisarz James Gordon i Harvey Bullock. Przesłuchiwali wszystkich światków wypadku.  Podczas rozmowy z Wayne'm , byli zaskoczeni jego zimnym głosem i bezemocjonalnym opisem. Gdy mieli już odchodzić, zatrzymał ich.
                - Zaczekajcie. W limuzynie znajdziecie ciała Alfreda Pennywortha i Dicka Graysona.
                Zanim zdążyli  zareagować, szybko odszedł. Złapał taksówkę i pojechał do siebie Po znalezieniu się w salonie, padł na fotel. Po policzkach płynęły mu łzy. Nagle zerwał się i zaczął nerwowo chodzić. Opanował go szał.  Na biurku leżały papiery.  Szybkim  ruchem i ze wściekłością zrzucił je na podłogę. Usiadł w jednym z kątów i  ramionami przycisną czapkę do siebie, a twarz ukrył w dłoniach.
                Wtedy to zjawili się Gordon i Bullock. Przez chwilę obserwowali mężczyznę i spojrzeli na siebie.  Widzieli rozpacz i nie wiedzieli jak zareagować. Nieraz musieli rozmawiać z rodzinami ofiar. Nigdy nie było łatwo. Czasem  komisarz odkładał przesłuchanie w czasie, aby osoba mogła dojść do siebie. James zwrócił się szeptem do towarzysza,  wycofując się i ciągnąc go za sobą
                - Jak widać śmierć  tamtej dwójki wstrząsnęła nim. Dlatego tak dziwnie z nami rozmawiał... Jeden to lokaj, a drugi podopieczny. Przesłuchamy go kiedy indziej.
                Bruce Wayne  był zrozpaczony po stracie jedynych bliskich. Zaniedbał pracę.  Był otępiały z bólu. Zadbał o uroczysty pogrzeb. Podczas ceremonii  był blady, a jego oczy  były podkrążone, ale twarz kamienna.  Po powrocie do posiadłości pozwolił sobie na żal i rozpacz.
                Przez miesiąc zaniedbał swoje obowiązki wobec swojej firmy, oraz Batmana.  Chociaż od czasu do czasu bohater pojawiał się.  Większość dnia przepłakiwał, a jeśli nie miał już czym to trząsł spazmatycznie. Zapominał o jedzeniu, ponieważ to nie miało dla niego sensu. Nocami wpatrywał się w sufit nie poruszając się. Niczym się nie interesował.  Wieczorem spędzał ze szklaneczką whisky w fotelu. Pewnego dnia tak siedząc, przysną.
                Gdy obudził się był już dzień. Poczuł głód. Zerwał się z fotela i udał się do kuchni. Zajrzał do lodówki  i ku jego  była pełna. Nie pamiętał, aby był na zakupach. Postanowił zajrzeć do swojej sypialni, której wystrój był lekko zmieniony.
                Na sporym łóżku spał  około ośmioletni chłopiec.  Podszedł i uważnie przyjrzał się  dziecku. Po chwili rozpoznał w nim siebie. Do pokoju wszedł Pennyworth. Podszedł do podopiecznego i obudził go delikatnie.  Chłopiec podniósł się, jego  oczy były opuchnięte, a twarz  zdradzała przygnębienie. Wiedział co dręczy malca.
                - Alfred?
                - Czas wstawać paniczu.
                - Nie chcę. Tutaj jest mi dobrze.
                Lokaj usiadł na brzegu łóżka i dotknął delikatnie jego ramienia, aby pocieszyć go.
                -  Wiem, że jest ci ciężko, ale musisz żyć dalej. Musisz żyć dla rodziców. Noś ich w sercu. Zawsze będą z tobą.  Bardzo kochali ciebie.
                Wtedy Bruce obudził się po raz drugi. Nadal był w salonie.  Zrozumiał, że musi się wziąć w garść. Wrócił do pracy, oraz co noc patrolował miasto.  Czasem z miłą chęcią korzystał  z pomocy Batgirl. Sam zajmował się jaskinią.  Spotykał się od czasu do czasu z Barbarą Gordon, która chodziła z Dickiem Graysonem.  Zatrudnił nowego lokaja.
                 Po trzech miesiącach zaczął chodzić na randki z Seliną Kyle. Widziała jak mu ciężko po stracie bliskich. Chciała mu pomóc, stać się dla niego rodziną.  Po jakimś czasie  oświadczyła się  Wayne'owi. Datę ślubu wyznaczyli po okresie żałoby.  
                Minął rok od śmierci rodziny i sojuszników Batmana.  Bruce Wayne funkcjonował, ale nie potrafił pogodzić się ze stratą bliskich mu ludzi. Trwały przygotowania do ślubu. Sala była już wybrana, stroje, oraz zaproszeni goście potwierdzili swoje przybycie.  Narzeczeni spierali się o usadzenie  przy weselnych stołach, dekoracje, kwiaty. Dyskutowali o przystrojeniu limuzyny. Pan młody nie miał tylko drużby.
                W Nowym Jorku doszło do rozbicia gangu i odnalezienia  w kryjówce dwóch związanych mężczyzn.  Obaj byli wycieńczeni, odwodnieni i niedożywieni. Starszy z nich był nieprzytomny i miał wysoką gorączkę. Młodszy mężczyzna  trzymał się lepiej,  jedynie był osłabiony.
                Zostali przetransportowani do miejskiego szpitala. Umieszczono ich w tej samej sali.  Lekarze martwili się o stan zdrowia starszego z pacjentów, który musiał walczyć o życie. Jego towarzysz szybko powracał do zdrowia. Ciągle siedział przy nieprzytomnym.
                Po dwóch dniach przybyła policja, aby przesłuchać młodszego z uratowanych. Ciekawili się, jak i dlaczego zostali uprowadzeni przez gang. 
                - Dzień dobry. Jestem detektyw Rodgers, nowojorska policja. To sierżant  Mcclean  Chciałbym z panem porozmawiać.  
                Młodzieniec spojrzał na nieprzytomnego.
                - Proszę przysiąść.
                Przysiedli na taboretach  i obserwowali rozmówcę. Detektyw miał sam przeprowadzić przesłuchanie, a sierżant bacznie obserwował.
                - Jak się pan nazywa?
                - Dick Grayson, a to Alfred Pennywort. Oboje mieszkamy w Gotham.
                - Jak znaleźliście się w Nowym Jorku?
                Grayson wzdrygnął się na wspomnienia związane z ich porwaniem. Przez chwilę pomyślał  o przyjacielu, który pozostał sam.
                - Jechaliśmy  ulicami Gotham, gdy zatrzymano nasz pojazd. A dokładniej jakiś facet wbiegł nam przed maskę.  Następnie zjawiło się czterech  mężczyzn i kazali nam wysiąść. Próbowaliśmy walczyć, ale czymś nas odurzono... Chyba za pomocą jakiś strzałek, ponieważ poczułem ukłucie na karku.  Przebudziłem się w furgonetce. Byłem porządnie związany.
                Zamyślił się na chwilę, próbując  przypomnieć sobie wszystko dokładnie.
                - Alfred nadal był nieprzytomny. Próbowałem rozwiązać węzły.  Męczyłem się przez godzinę.  Nieudało się,  ponieważ dojechaliśmy na miejsce i samochód zatrzymał się... Wyciągnęli nas i zaprowadzili do piwnicy... Alfreda ciągnęli... Trzymali nas bez jedzenia i picia.
                Ręce zaczęły mu się trząść, a głos załamał.
                -  Gdy przyszli, przedstawili mi swoją propozycję. Dlatego, że jechałem limuzyną, byli przekonani, że jestem bogaczem... Chcieli mścić się na bogaczach.  Wyjaśnili, że mimo posiadania majątku, powinienem troszczyć się  o swoją służbę, lub swoich pracowników. Miałem pomagać w kradzieżach, oraz w rozprowadzaniu narkotyków.  Jeżeli bym tego nie zrobił, to Alfred miał niedostawać jedzenia, oraz ani kropli wody... Miałem obstawę, ale  i tak nie próbowałem uciekać. Bałem się, że jak zniknę to zabiją go. Nie mogłem poświęcić jego życia. Próbowałem znaleźć sposób na naszą wspólną ucieczkę. Dostawaliśmy niewiele do zaspokojenia głodu i pragnienia. Byli zaskoczeni, że poświęcam się dla niego.
                Wziął głęboki oddech, aby się uspokoić. Był coraz bardziej zdenerwowany.
                -Myśleli, że będę się stawiał i będą go mogli zabić na moich oczach. Ale Alfred jest mi zbyt bliski... Przez ostatni tydzień zostawili nas i zniknęli. Mieliśmy umrzeć straszną śmiercią.  Zostawili nas na pastwę losu. Alfred każdego dnia słabł...
                Rodgers słuchał uważnie zeznań mężczyzny.  Nie rozumiał co oni przeszli. Nie obchodziło go, co czuje przesłuchiwany. Skupiał się tylko na suchych faktach. Jego ton był profesjonalny.
                - Byli cały czas w budynku. Szykowali się do ucieczki.
                Dick wściekł się. Nie chodziło o niego, tylko o bogu ducha winnego i oddanego  człowieka, który poświęcił się dla syna pracodawców, wychowując go i dbając. Jeszcze raz wziął głęboki wdech i zacisnął pięści.  Trochę się uspokoił.
                - A więc zostawili nas na śmierć głodową....
                Uderzył pięścią w materac.  Gniew go opuścił. Postanowił zmienić temat.
                - Alfred cały czas naszego uwięzienia martwił się o Bruce'a.
                Detektyw zainteresował się.
                - O kogo?
                - Bruce'a  Wayne'a, swojego pracodawcę i podopiecznego. To była jego limuzyna. Alfred to jego lokaj, a mnie przygarną po śmierci moich rodziców...
                Spuścił głowę i patrzył na podłogę.  Zastanawiał się, dlaczego Batman nie odnalazł ich.
                - Jest milionerem i znaną osobistością w Gotham.   Przeżyłem szok, kiedy dowiedziałem się, że byliśmy uwięzieni przez rok. Tyle też czasu nie mieliśmy kontaktu z nikim  z naszego życia.
                - Skontaktował się pan z panem Wayne'm?
                - Jeszcze nie. Ale chyba najwyższy czas. Pewnie martwi się.
                Oboje poszli do dyżurki pielęgniarki. Dick wybrał najpierw numer do biura, ponieważ podejrzewał, że zastanie przyjaciela w biurze. Miał pecha, ponieważ sekretarka nie chciała go połączyć. Był zawiedziony. Pożegnał się z policjantem i zadzwonił wieczorem do posiadłości. Odebrał nowy lokaj.
                - Rezydencja pana Wayne'a.  W czym mogę pomóc?
                - Czy Bruce Wayne jest w domu?
                - Tak. Kogo zaanonsować?
                - Dick Grayson.
                Po kilku minutach usłyszał opanowany głos.
                - Pan Wayne nie życzy sobie więcej telefonów.
                Młodzieniec załamał się . Pomyślał, że  Bruce nie chce mieć z nimi nic do czynienia. Obawiał się reakcji towarzysza. Był wściekły na kogoś, kogo uważał za przyjaciela  i członka rodziny.
                -Powiedz mu, że jest draniem - krzyczał. - Alfred poświęcił dla niego wiele lat i sił. A teraz odwraca się od niego? To złamie mu serce.
                Rozłączył się. Następny cały dzień miał wyrzuty sumienia. Postanowił przeprosić Bruce'a, więc  wieczorem ponownie zadzwonił. Tym razem to milioner odebrał.
                - Bruce Wayne.
                Nie wiedział co powiedzieć, więc milczał. Czuł się jakby dopiero co się widzieli.
                - Halo?
                -Bruce?
                - Kto mówi?
                W jego głosie słyszał irytację.
                - To ja. Dick.
                Wayne zaczął się denerwować i  wrzeszczeć.
                - Słuchaj, nie wiem, czy to cię bawi, ale przestań.
                Grayson był zdezorientowany. Rozejrzał się uważnie i upewniwszy się, że nikogo nie ma, wyszeptał.
                - To ja, Robin Batmanie.
                Bogacz wypuścił słuchawkę z rąk. Nikt nie wiedział kim jest obrońca Gotham, oraz jego pomocnik. Podniósł ją szybko. Był w szoku. W jego głosie było słychać prośbę.
                - To naprawdę ty?
                - A któżby inny?
                - Ty i Alfred...
                Nie potrafił powiedzieć dwóch słów na głos. Bał się, że to wszystko okaże się tylko snem, że obudzi się i znowu będzie płakał.
                -Bruce?  Wszystko będzie dobrze. Możesz mi powiedzieć.
                Dick zaczął się o niego martwić.
                - Nie żyjecie. Wy nie żyjecie.
                Młodzieńca zamurowało, nie wiedział co powiedzieć. Wayne chciał upewnić się, że to na pewno on, oraz że nie śni, ale nie wiedział jak. Graysonowi po głowie chodziło jedno pytanie.
                -  O co chodzi z naszą śmiercią?
                - Limuzyna brała udział w wypadku, który zakończył się pożarem. Znaleziono w niej dwa ciała.
                Milioner ledwo panował nad emocjami. Dick słyszał wszystko w telefonie. Zaczął się o niego martwić. Postanowił powiadomić go gdzie się znajdują.
                - Jesteśmy w miejskim szpitalu w Nowym Jorku. Alfred nadal jest nieprzytomny.
                Mężczyzna po rozmowie z człowiekiem, o którym myślał, że nie żyje legł w fotelu. Nie wiedział co wokół niego się dzieje. Nie wiedział co zrobić. Zdał sobie sprawę, że dzień wcześniej to naprawdę Dick dzwonił.
                Zerwał się i pobiegł do sypialni, spakował walizkę i złapał za pierwsze kluczyki jakie znalazł. Ruszył do Nowego Jorku. Po odnalezieniu  szpitala i sali, wpadł tam jak burza. Szybko znalazł się przy swoim opiekunie. Usiadł na taborecie i złapał go za rękę.
                - Alfredzie.
                Łzy napłynęły mu do oczu,
                - Wszystko już będzie dobrze.
                Do sali wszedł lekarz. Był zaskoczony widokiem gościa pacjenta.
                - Dzień dobry. Jestem doktor Smith. Jest pan rodziną pacjenta?
                - Jest dla mnie jak ojciec. Wychował mnie. Co z nim?
                - Gorączka zaczyna spadać. Dzisiaj odzyskał przytomność na kilka minut. Jest na dobrej drodze, aby powrócić do zdrowia.
                W drzwiach staną Dick.
                - Bruce? Co tutaj robisz?
                Wayne podszedł do niego i przytulił go.
                - Dobrze cię widzieć.
                Młodzieniec  był zaskoczony wylewnością mężczyzny, który rzadko okazywał własne emocje, oraz słabości.
                - Raczej myślałem, że zadzwonisz.
                Bruce włożył prawą rękę do kieszeni spodni i lekko uśmiechnął się
                - Chciałem się przekonać , jak się czujecie. Chcę też was zabrać do domu.
                Lekarz zwrócił się do Dicka
                -Jutro wypiszemy pana do domu, panie Grayson.
                Wayne spędził resztę dnia z przyjacielem, wspominając dawne czasy.  Wieczorem opuścił szpital i wynajął w dobrym hotelu duży apartament. Potem wrócił  i wślizgnął się do sali. Został przyłapany przez pielęgniarkę i wyrzucony.
                Całą noc spacerował po mieście. Żałował, że nie ma przy sobie swojego stroju. Obserwował nocne życie  Nowego Jorku. Chodził po bocznych uliczkach. Mijał handlarzy narkotyków, alfonsów, mafiosów, drobnych złodziei, morderców. Porównywał je do Gotham City
                Nad ranem zjawił się w hotelu, wziął kąpiel i stanął przy oknie. Rozmyślał o ostatnim roku. Codziennie zajmował się firmą, a po zmroku uganiał się za przestępcami. Niewiele spał. Ciągle poszukiwał zajęcia. Nie chciał pozostać sam na sam ze swoimi myślami. Czuł sie samotny w swojej posiadłości.
                Lokaj miał go za dziwaka i samotnika.  Wizyty składała mu tylko narzeczona, oraz  Gordon . Jim i Selina próbowali wyrwać go z domu, oraz przekonać, że świat nadal jest piękny, ale  bez skutku. Nikogo nie słuchał, tylko poświęcał się swojej pracy i misji.  Służący nie poznał jego tajemnej tożsamości.
                Opuszczając swoje królestwo, zawsze uważał. Delikatnie uchylał drzwi  ukryte w zegarze i rozglądał się. Dopiero wtedy wchodził do salonu. Kiedy został poważnie ranny, z ogromnym bólem przebrał się w piżamę. Wcześniej prowizorycznie opatrzył ranę. Ledwo opuścił tajne drzwi, zamykając je upadł na podłogę.
                Po piętnastu minutach znalazł go lokaj, który usłyszał hałas i pomógł dojść do sypialni. Bruce był przytomny i starał się ukryć powód swojej niedyspozycji.  Nakazał wezwanie zaufanej pani doktor. Swój stan tłumaczył zatruciem alkoholowym, albo grypą.
                Kobieta po przybyciu i udzieleniu niezbędnej pomocy medycznej, zrobiła pacjentowi wykład na temat wypoczynku i bezpieczeństwa. Wiedziała, że go nie posłucha. Martwiła się, że nie ma kto się zajmować mężczyzną. Można to było odczytać z jej twarzy.
                Przy każdej następnej wizycie, coraz bardziej niepokoiła się o swojego pacjenta.  Jej słowa nie docierały  do niego. Żadne pouczenia nie miały sensu.  Nawet raz wykrzyczała mu, iż ostatnio za bardzo szuka ryzyka.  Dopiero teraz zdał sobie rację, że miała racje. Ten rok był jednym z najgorszych.
                Miał nadzieję, iż nie powie nic Alfredowi, który często martwił się o niego.  Pamiętał jak ruszył mu na pomoc, gdy nie wrócił przed wschodem słońca. Namierzył jego samochód, dowiedział się, gdzie może być i przyleciał jego maszyną. 
                Dick też się o niego martwił. Wrócił wspomnieniami do dnia, gdy wypytywał Pennywortha , gdy w Gotham pojawił się ninja. Robin też ruszył mu na ratunek, gdy nie wrócił po przyjęciu. W walce zawsze mogli liczyć na siebie
                Nie chciał ich zadręczać swoją nieodpowiedzialnością. Nasłuchałby się wykładów, obaj krzyczeliby na niego. Ich nadopiekuńczość potrafi być denerwująca, ale wolał to od życia bez nich.  Na każdym kroku ich nieobecność była zauważalna. Zdarzało mu się szukać Alfreda. Każda myśl o nich sprawiała ból.
                Otrząsnął się z zadumy. Zszedł do restauracji i zjadł śniadanie. Następnie udał się na targ, aby kupić dorodne pomarańcze i skierował swoje kroki do szpitala.  Grayson  już nie spał.
                - Hej Bruce. Jak tam noc?
                Wayne usiadł przy nim na taborecie. Nie miał zamiaru zdradzać, że nie spał.
                -  Dobrze. Jak się czujesz?
                - Może być.
                Młodzieniec był zawstydzony.
                - Przepraszam, że nawrzeszczałem na swojego lokaja, oraz za słowa jakich użyłem.
                -Rozumiem, co mogłeś sobie pomyśleć, kiedy nie chciałem z tobą rozmawiać.  Że zapomniałem o was.
                Dick zarumienił się i spuścił wzrok.
                - Nie przejmuj się. Skąd  miałeś wiedzieć, że uznano was za martwych?...
                Wayne chciał dodać coś jeszcze, ale na sąsiednim łóżku Pennywort poruszył się. Oboje spojrzeli na starszego mężczyznę, który otworzył oczy. Bruce zerwał się  i nachylił nad nim.
                - Alfredzie? Obudziłeś się.
                 W jego głosie można było wyczuć ulgę.
                - Panicz Bruce? Ale jak?
                - Dick zadzwonił do mnie i przyjechałem. Dobrze, że obudziłeś się.
                Lokaj przypatrzył się uważnie swojemu pracodawcy. Zauważył, iż ten wychudł, jego opuchnięte i podkrążone oczy, oraz rozczochrane włosy. Dostrzegł  niestaranny ubiór . Uruchomiła się w nim troska.
                - Nie wygląda panicz najlepiej. Nie spał...
                Wayne pokiwał głową i uśmiechnął się. Wiedział, że nie wymiga się, ale mógł całą sytuację odroczyć
                - Stop Alfredzie.  Teraz zadbaj o siebie, a później będziesz zajmował się innymi  sprawami.
                Zanim starszy mężczyzna  zareagował, opuścił salę i odnalazł lekarza, który był zadowolony ze stanu pacjenta.  Siedzieli we trójkę i rozmawiali swobodnie, jakby ostatnie miesiące  nie miały miejsca.
                Wayne zabrał Graysona do wynajętego apartamentu i wskazał my jedne z drzwi.
                - To twoja sypialnia, moja jest naprzeciwko. Odpocznij chwilę, a następnie udamy się po sprawunki.
                Dick wszedł do środka i przysiadł na sporym łóżku. Uważnie  nasłuchiwał dźwięków otoczenia. Gdy do jego uszy doszedł hałas tarczy telefonicznej wstał i wychylił się, aby podsłuchać. Żałował, że nie może usłyszeć osoby po drugiej stronie linii.
                - Z tej strony Wayne.
                Ktoś odpowiedział, a mężczyzna uśmiechnął się
                - Czy dzwoniono z biura?
                Odpowiedź była krótka.
                - Jeszcze sam zadzwonię. Proszę wywietrzyć i przygotować zamkniętą sypialnię, oraz jeden pokój gościnny...
                Tamten coś wtrącił.
                - Sam do niej zadzwonię.
                Po odłożeniu słuchawki, zwrócił się do towarzysza.
                - Nie stój  w drzwiach. Wchodź do salonu.
                Młodzieniec nie był zaskoczony, że przyjaciel wie, że podsłuchuje. Przecież miał do czynienia z Batmanem.
                - Co mnie zdradziło?
                - Skrzypnięcie drzwi, oraz  widziałem twoje odbicie w dzbanku z kawą.
                Usiadł  na fotelu i patrzył na mężczyznę.
                - Z kim rozmawiałeś?
                - Z lokajem.  Muszę zadzwonić do firmy i narzeczonej.
                Zaniemówił na jego słowa.  Wiadomość, że Bruce ma narzeczoną zaskoczyła go. Zdziwił się, że największy kobieciarz, oraz mściciel Gotham postanowił się ustatkować.
                - Widzę, że zaskoczyłem cię. Sam sobie dziwię się. Ale jak wiesz od dawna Selina zajmuje miejsce w moim sercu.
                To jeszcze bardziej go zdziwiło.
                - Kobieta Kot?
                Wayne przytaknął.
                - Wie o tobie?
                -Nie.
                - Kiedy ślub?
                - Za dwa tygodnie.
                -  Zamierzasz jej powiedzieć?
                Uśmiechnął się, aby ukryć zmieszanie.
                -Powiem jej w dniu ślubu.
                Grayson pokiwał głową z niezadowoleniem . Nagle  roześmiał się.
                - Masz szczęście, iż Kobieta Kot zauroczyła się w Batmanie.  Tylko co skłoniło Selinę  Kyle do ślubu z Bruce'm Wayne'm ?
                Bogacz zignorował jego pytanie i zadzwonił do biura, aby wyjaśnić swoje zniknięcie. Następnie zadzwonił do ukochanej. Dick staną jak najbliżej, aby słyszeć wszystko. Odebrała asystentka kobiety.
                -  Dom Seliny Kyle.
                - Z tej strony Bruce Waynne.
                Dziewczyna pobiegła po swoją pracodawczynię. Milioner pokazał, aby  chłopak sobie poszedł, ponieważ chciał w spokoju porozmawiać.  Greyson udając obrażonego, poszedł  do siebie. Rozejrzał się po pokoju i zobaczył drugi aparat. Delikatnie podniósł słuchawkę i stłumił śmiech słuchając gołąbków.
                - Bruce.
                W głosie kobiety było słychać radość.
                - Witaj Selino. Muszę odwołać randkę.
                - Ale dlaczego?
                Była zawiedziona.
                - Musiałem pilnie wyjechać  do Nowego Jorku.
                - A nasz ślub?
                - Wrócę na czas najdroższa. Nie zostawię cię przy ołtarzu.
                - Mam nadzieję.  Chociaż to kolejna odwołana randka.
                 Dick ledwo stłumił chichot. W głosie kobiety było słychać irytację.  Jego przyjaciel miał kłopoty.
                - Niedługo zadzwonię.
                - Do usłyszenia.
                Mężczyzna wpadł do sypialni i udawał oburzenie., ale nie potrafił się tego dnia gniewać.
                - Nie mogłeś się powstrzymać od podsłuchiwania?
                Młodzieniec zignorował jego pytanie i pojechali na drobne zakupy, ponieważ  potrzebował podstawowych rzeczy. Zajrzeli do szpitala.  Gdy Bruce rozmawiał z lekarzem, Dick postanowił przekazać zdobyte informacje Alfredowi.
                - Wiesz, że zniknęliśmy na rok?
                - Oczywiście. Doktor mi to uświadomił. Ciekawi mnie jak panicz sobie radzi.
                Pennyworth martwił się o swojego pracodawcę, którego wychował po śmierci jego rodziców. 
                - Jest zaręczony. I to z Seliną Kyle.
                Starszy mężczyzna wydawał się szczęśliwy, ale żadnej innej reakcji.
                - Nie dziwi cię to?
                - Cieszę się, że panicz wreszcie założy rodzinę. Najwyższy czas, aby się ustatkował. Kiedy wesele?
                - Za dwa tygodnie.
                Złapał się za głowę.
                - Przecież to mało czasu. Mam nadzieję, że jego służący ma przygotowany plan i wszystko już szykuje. Przecież trzeba przygotować salę balową i jadalnię. Kwiaty do ozdabiania, znalezienie odpowiednich kucharzy i przypilnować zakupy.
                Greysona bawiło nagłe ożywienie staruszka. Nie myślał jak  pracownik, tylko rodzic. Gdy wszedł Wayne, Pennyworth zainteresował się jego osobą.
                - Gratuluję zaręczyn paniczu.
                Ten uśmiechnął się wesoło.
                - Dziękuję Alfredzie. Cieszy mnie, że będziesz wraz ze mną.
                Chory czuł się niezręcznie, słysząc słowa milionera.
                - Nie wiem czy opuszczę szpital na czas.
                - Jeszcze jest trochę czasu.
                 Minęły cztery dni. Alfred powracał do sił, a Bruce i Dick zaopatrzyli go w najpotrzebniejsze rzeczy, co powodowało lekki dyskomfort pacjenta.  Spędzili też dużo czasu na wspólnych rozmowach. Czasami przewijał się temat Batmana. 
                Po tym czasie mogli wrócić do domu. Podróż była przyjemnymi godzinami jazdy samochodem. Za kierownicą siedział  Wayne, a jego towarzysze rozgościli sięna tylnym siedzeniu. Na początku byli lekko spięci, ale atmosfera szybko rozluźniła się. Przed odjazdem pokłócił się z Pennyworthem, o to kto będzie prowadził. Przekonał go, mówiąc że on jest za słaby po pobycie w szpitalu.
                Po dotarciu do miasta zajechali na posterunek i zobaczyli się z komisarzem Gordonem, aby powiadomić , że  Alfred i Dick nie zginęli w wypadku. Jim wysłuchał ich, oraz wezwał detektywa Bullocka., który spisał zeznania całej trójki. Gmach opuścili dopiero po półtorej godziny. Przed wyjściem Bruce zwrócił się do Jamesa.
                -Proszę nic nie mówić swojej córce, że Dick żyje. Sam jutro ją odwiedzi.
                Zanim policjant zareagował opuścili budynek. Gdy wsiadali do pojazdu powiedział.
                - Odwiedzę dzisiaj Bullocka.
                - Przyda ci się towarzystwo? - spytał Robin.
                - Nie jest konieczne, ale może być pomocne.
                Jednak wizyta nie odbyła się, ponieważ oboje zapomnieli o swoich planach. Zajechali pod posiadłość i zaparkowali samochód w garażu. Zadzwonili do drzwi. Po kilku minutach otworzył wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna około trzydziestu lat. Był nienagannie ubrany.
                - Dzień dobry panie Wayne. Dzień dobry panom. Jak podróż?
                - Dobrze John.  Weź bagaże z samochodu i zanieś do holu.
                Lokaj skinął głową, odsunął się i wpuścił ich do budynku.
                - Panna Kyle przybyła godzinę temu i nie chce opuścić posiadłości. Jest w salonie.
                - Możesz odejść.
                Dick i Alfred zatrzymali się, ale Bruce uśmiechnął się.
                - Chodźcie ze mną.
                Weszli do salonu. Selina na widok narzeczonego zerwała się z fotela i rzuciła się w jego ramiona.
                - Stęskniłam się.
                Skradł jej krótki pocałunek.
                - Ja też się stęskniłem. Cudownie cię widzieć.
                Przyjrzał się jej uważnie.
                - Czy coś się stało?
                Kobieta odsunęła się od jego.  Widać było, że jest zdenerwowana.
                - Hotel odwołał rezerwację sali na nasze wesele.
                Był zaskoczony. Nie wiedział co zrobić.
                - Co?  Co teraz zrobimy?
                Pennyworth zbliżył się do  narzeczonych.
                - Przepraszam paniczu Bruce, ale zostało jeszcze ponad tydzień. Można przygotować przyjęcie w posiadłości. Wystarczy zatrudnić tylko osoby do pomocy. Jeśli panicz mi pozwoli, to zajmę się tym.
                Wayne był zaszczycony i wzruszony propozycją, ale ten dopiero co powrócił do zdrowia, a przygotowanie przyjęcia to duże wyzwanie.
                - Alfredzie, nie mogę cię o to prosić.
                - W tym domu jest wystarczająco dużo miejsca. Czas aby odbyło się tutaj wesele. Ilu jest gości?
                - Pięćdziesiąt osób, oraz my - odparła Selina. - Jest pan w stanie się tym zająć?
                Ukłonił się.
                - Z miłą chęcią.  Chociaż to mało gości.
                Bruce postanowił się wtrącić.
                - Pięćdziesiąt dwie.  Jeszcze wy. Jak na przygotowanie przyjęcia w tydzień to sporo.
                - Przepraszam za to co powiem, ale gdyby było dużo więcej i tak podjąłbym się zadania.
                - Ja mu pomogę - odezwał się do tej pory milczący Dick.
                - To świetny pomysł - odparła Kyle. - Przyjęcie w starej posiadłości jest romantyczne. Jeśli chodzi o pieniądze to nie będzie problemu. Będziesz miał wolną rękę.
                Już Wayne miał wybuchnąć, gdy wszedł lokaj.
                - Bagaż w holu sir.
                Zapanował nad emocjami.
                - Zaprowadź panów na górę i zanieś ich rzeczy. Twój pokój czeka Dick.
                John ukłonił się i wyszedł, a za nim Pennyworth i Grayson.  Zakochani zostali sami.
                Kobieta podeszła do narzeczonego i spojrzała mu w oczy.
                - Co się dzieje Bruce? Znikasz niedługo przed ślubem, przywozisz dwóch patrzysz na nich, jakbyś bał się, że znikną.
                Odsunął się od niej i podszedł do okna. Nadal był wstrząśnięty.
                - Wiesz, że Alfred i Dick zginęli w wypadku rok temu...
                Wziął głęboki oddech.
                - Okazało się, że nie było ich w limuzynie.
                - Jak to?
                - Byli przetrzymywani przez rok. Gdy zostali uwolnieni Dick zadzwonił do mnie.  Pojechałem do Nowego Jorku i sprowadziłem ich z powrotem... Alfred  jest mi bliski jak ojciec.  Jak go straciłem, zdałem sobie sprawę ile dla mnie poświęcił, a ja mu się nie odwdzięczyłem.
                - Był twoim lokajem.
                Mówił cicho, a w jego głosie było słychać wzruszenie.

                - Nie musiał mnie wychowywać. Mógł być tylko służącym, a nie poświęcać mi wiele uwagi , oraz  poświęcenia.  Gdy myślałem nielogiczne, albo miałem jakieś wątpliwości co do swojego postępowania był przy mnie. Nigdy się nie odwdzięczyłem. Teraz mogę i chcę to zrobić. Czas aby mógł wypocząć.

niedziela, 31 stycznia 2016

Przyjaciel z Hiszpanii cz. VII

- I co z tego? Przecież nie jesteś zamaskowanym obrońcą tutejszej ludności... -Antonio ledwo panował nad sobą, aby zachować powagę. - Nie umiesz podnieść szpady. A tak w ogóle to tutaj jest więcej tajnych przejść. Tornado uwielbia szybki pęd.
                Na początku Diego był zdezorientowany i nie wiedział  co się dzieje, następnie zrozumiał kto go zastąpił. Zauważył na twarzy  przyjaciela tak dobrze znane podekscytowanie.  Sam wkładając maskę je czuł.
                - Widzę, że ci się podobało.
                Valesco  był rozradowany, na wspomnienie swoich wyczynów. Tylko na chwilę się skrzywił.
                -Tak, dawno się tak dobrze nie bawiłem.  Tylko twój koń nie zawsze chce współpracować. Gdy wczoraj wracaliśmy do jaskini, za murami miasta rzucił mnie ze swojego grzbietu.
                Diego roześmiał się. Jego wierzchowiec był charakterny, tak jak jego właściciel.
                -  Znam go od źrebaka. Nauczyłem go wielu sztuczek. Nie widziałem go przez trzy lata, a było to podczas moich studiów. Pewnego  razu Garcia go przemalował. Musieliśmy schować beczki z prochem, a mieliśmy  na głowie patrol. Tornado odciągnął od nas sierżanta i kaprala. Aby ukryć go w garnizonie wpadli na pomysł, aby go przemalować. Mój koń jest zbyt znany.  Innym razem mój wuj spotkał go na pastwisku i ukrył, aby wystartować na nim w wyścigu, ale Zorro uprowadził własnego konia. Za czasów Monastario, złapano mojego wierzchowca i  wystawiono go na aukcji.
                - Kto go kupił?
                - Garcia. Pokrzyżował tym plany swojemu przełożonemu, ponieważ ten liczył, że Zorro wykupi własnego konia. A ten pożyczył pieniądze swojemu przyjacielowi, który miał słabość do tego czarnego ogiera.
                Oboje wybuchli śmiechem.  Tępy i korpulentny  sierżant stał się nieświadomie pomocnikiem Zorro. Nagle Diego spoważniał.
                - Nie zdążył  się nim nacieszyć. Wieczorem po aukcji Bernardo postanowił go uwolnić, ale zauważył go żołnierz... Tornado prawie zginął w płomieniach...
                W głosie młodego caballero było można usłyszeć, że jest zdenerwowany na samą myśl o tych wydarzeniach.
                - To mój przyjaciel.
                - Nie martw się. Nie pozwolę go skrzywdzić. A kiedy powrócisz do zdrowia, to nie będziesz musiał się wstydzić działań Zorro z okresu twojej niemocy.
De la Vega trochę się rozluźnił i postanowił zażartować.
                - Może oddam ci maskę, a sam zajmę się zarządzaniem rodzinnym majątkiem.
                - Z miłą chęcią Tylko obawiam się, że długo nie wytrzymasz na emeryturze.  No i obawiam się twojego ogiera. Pewnie zżuci mnie ze swojego grzbietu, a cenię sobie swoje życie.
                Zaczęli się śmiać.  Gdy uspokoili się, Antonio radośnie życzył powrotu do zdrowia i obiecał zajrzeć następnego dnia. Pacjent został sam. W porze obiadu zajrzał ojciec. Ostrożnie otworzył drzwi i zajrzał do środka.
                - Diego? Przyniosłem Tamales.
                - Dziękuję.
                Pacjent podniósł się i oparł o bezgłowie łóżka. Alejandro  był nadal zatroskany o swojego pierworodnego.  Postawił talerz na stoliku i poprawił synowi poduszki. Następnie podał serwetkę  mały stoliczek i postawił gorący talerz.
                - Jak się czujesz?
                Diego widział troskę, jaką otaczał go rodzic. Coś, co nie widział od lat, od kiedy wyjechał na studia. Od powrotu z Hiszpanii oddalili się od siebie. Zrobił to dla dobra ojca, aby go chronić.  Zakładając maskę, wiedział że będzie musiał chronić najbliższą osobę. Od razu zauważył, że Monastario chętnie pozbyłby się jego ojca, a on mógł dać mu powód.  Miał uczucie, że zmieniają się ich relacje, a raczej powracały do tych sprzed lat.
                -Nie najlepiej.  Najgorszy jest ból i te kłopoty z pamięcią.
                - Musisz nabrać sił. Kilka dni byłeś nieprzytomny.
                -Ojcze...
                - Tak synu?
                - Gdy obudziłem się wczoraj rankiem, widziałem jak spałeś na krześle przy łóżku...
                Głos młodego de la Vegi był słaby, a przecież prowadził dopiero trzecią rozmowę. Cały dzień spędził na posłaniu, a czuł się jak po nocy spędzonej jako zamaskowany banita i ciężkiej walce z przeciwnikami, ale postanowił zatroszczyć się o rodzica.
                - Musisz odpocząć.
                - Nie jestem zmęczony. Muszę jeszcze wyjechać na pastwisko.
                - Nie powinieneś wyjeżdżać...
                - Nie martw się o mnie. Umiem o siebie zadbać. Teraz najważniejsze jest twoje zdrowie.
                Caballero usiadł na krześle i przybliżył się do łóżka.  Mimo protestów syna, zaczął go karmić. Jak talerz był pusty, przyniósł  książkę, którą Diego zaczął czytać przed wypadkiem. Z bólem opuszczał pokój i ruszył do  swoich obowiązków.  Przy wejściu do hacjendy czekał na niego lekarz, co go zaniepokoiło.
                - Czy coś się stało?
                - Proszę się uspokoić.  Zauważyłem tylko, że Diego czymś się martwi. Jak wcześniej ci mówiłem, nie pamięta okoliczności wypadku. Zwróć uwagę na jego zachowanie, jeśli coś cię zastanowi, to daj mi znać.  Uważaj na niego. To nic nie musi znaczyć, ale lepiej być ostrożnym.
                Doktor zaczął się nagle uśmiechać.
                - Zaraz całe Los Angeles będzie wiedziało o stanie zdrowia twojego syna.
                 Alejandro nie zrozumiał aluzji przyjaciela, więc patrzył na niego jak na wariata.
                -Był tutaj sierżant Garcia. Pozwoliłem sobie udzielić mu podstawowych informacji o stanie Diego.
                Przepowiednia sprawdziła się. Pod wieczór całe Los Angeles, oraz okoliczni caballero wiedzieli, że Diego de la Vega odzyskał przytomność.   Kilkoro ludzi zjawiło się, aby dowiedzieć się o stan zdrowia i rokowania dotyczące pacjenta. Pan domu z cierpliwością przyjmował gości i odpowiadał na pytania, chociaż najchętniej nikogo by nie wpuszczał.
                Mięły trzy miesiące. Diego  powracał do zdrowia i pełnej sprawności. Ranny zdążyły się zabliźnić, a kości zrosnąć. Od wypadku nie oddalał się od hacjendy i terenów jej otaczających. Na szczęście  upadek z konia, nie spowodował strachu do wierzchowców i jak tylko mógł, zaczął dosiadać ich grzbietu.
                Jego ojciec ciągle martwił się o niego. W nocy chociaż raz  sprawdzał co u Diego.  Gdy ten zaczął schodzić  i przesiadywał w salonie, to siedział wraz z nim.  Próbował nawiązać rozmowę. Chciał dowiedzieć się o pasji syna i latach spędzonych  na studiach, ale bez skutku Zazwyczaj dyskutowali o  wydarzeniach w mieście i u caballeros, oraz działaniach Zorro.
                Diego popadł w nostalgię, ciągle chodził zmartwiony i zamyślony.  Alejandro próbował rozbawić syna, ponieważ martwił się o niego, ale to nie przynosiło efektów. Gdy Antonio przychodził, starał się poprawić mu nastrój, ale  nie odnosił sukcesu. Nawet wizyty gości nie rozweselały go, a przybył Verdugo wraz z córką.
                Ożywił się dopiero, gdy po trzymiesięcznym "areszcie domowym" odwiedził miasto. Jego przybycie wzbudziło sensację. W gospodzie zrobiły się tłumy, sporo ludzi chciało zobaczyć  człowieka, który przeżył upadek w przepaść.  Starał się nie zwracać uwagi na ciekawskie spojrzenia. Czuł się dobrze, obserwując komendanta, zastanawiając się nad jego kolejnym pomysłem.
                Gdy Valesco przekonał się, iż Diego powrócił do zdrowia fizycznego, oddał mu maskę.  Pewnego dnia odbyli rozmowę w salonie hacjendy de la Vegów, nie wiedząc, że są podsłuchiwani przez don Alejandro.
                - Cieszę się Diego, że powróciłeś do zdrowia. Tylko widzę, że coś cię martwi.
                -  Zawiodłem ojca...
                Antonio zdenerwował się na niego.
                - Nie zawiodłeś go. Gdybyś widział  swojego ojca, jak myślał, że nie żyjesz. Był zdruzgotany.  Szukał ciebie. A jak przyniosłem wiadomość, że znalazłem...
                Wziął głęboki wdech. Przed oczami stanął mu obraz załamanego mężczyzny, który zerwał się z krzesła i zalał się łzami.
                -  Że znalazłem twoje ciało. Chciał cię sprowadzić do domu... Siedział przy tobie przez pięć dni, prawie nie opuszczając pokoju.
                - Ma obowiązek się mną zająć.
                Gość coraz bardziej irytował się.
                -Twój ojciec spokojnie może być z ciebie dumny. Tylko musisz z nim porozmawiać A tak w ogóle, to on bardzo cię kocha.
                - Nie mam o czym.
                Głos Diego był obojętny.
                - Niczego się nie nauczyłeś? Jeśli coś ci się stanie, lepiej aby twój ojciec znał prawdę.
                - Nie. Nie chcę go zawieść.
                - Nigdy nie powiedział ci, że jest z ciebie dumny.
                - Dwa razy. Aby chronić  się przed rewolucją mój ojciec zebrał pięćdziesięciu caballero, oraz posiadał ich listę. Orzeł chciał ją zdobyć, aby pozbyć się  zagrożenia. Ojciec został aresztowany, a wraz z nim ja, Bernardo i nasz grubawy sierżant.  Orzeł zaoferował, że jeśli ojciec odda listę, to zostanie mu darowane mu życie.  Dzięki wcześniej zdobytym informacją  wiedziałem trochę więcej i musiałem działać. Gdy udałem, że  wolę oddać listę niż zginąć, widziałem w jego oczach żal, niedowierzanie i rozczarowanie. Moim celem było wyciągnięcie jej ze skrytki i zawiadomienie osób z listy, że są potrzebni do obrony Los Angeles.  Oczywiście musiałem pogodzić to z innymi zadaniami... Gdy zjawiłem się na rynku, ojciec wychwalał Zorro...
                Antonio uśmiechnął się.
                - Pewnie nie dowierzał, że to ja zebrałem pomoc. Słuchałem jak mówi o waleczności zamaskowanego bohatera. Następnie powiedział, że nie liczy się sama walka, ale  też to, co zrobiłem.
Powiedział, że jest ze mnie dumny.
                - No proszę.
                Valesco zaczął dusić się ze  śmiechu. Jego przyjaciel udawał, że tego nie widzi.
                -Innym razem podczas negocjacji w Monterey.  Był dumny z tego jak negocjowałem.  Na co dzień go tylko zawodzę.
                - Powiedz mu prawdę. Oboje poczujecie się lepiej.
                De la Vega wyglądał, jakby nie słuchał.
                - Diego?  
                - Gdy leżałem nieprzytomny,  kilka razy odzyskałem świadomość i słyszałem, co mówił. Powtarzał, że mnie kocha i że jest dumny. Ale co miał mówić? Przecież myślał, że nie przeżyję.
                Antonio miał dosyć użalania się mężczyzny.  Postanowił niczego nie owijać.
                - Kochasz go i chcesz chronić, oraz zdobyć jego  szacunek.  Nie umiesz tego pogodzić, ale z innego powodu niż myślisz. Nie potrafisz dostrzec, że ojciec cię szanuje i zależy mu na tobie
                Nagle Antono na coś wpadł.
                - Niedługo wyjeżdżam . Gdy wrócę z Hiszpanii,  chcę abyś  był po rozmowie z don Alejandro. Inaczej ja zamienię kilka słów z komendantem Los Angeles.
                Diego oburzył się.
                - Nie możesz. Narazisz mego ojca.
                - No to trudno. Może kilka ofiar czegoś cię nauczy.
                - Tu nie chodzi o mnie - krzykną. -  Tego konsekwencje poniesie nie tylko mój ojciec. Chodzi też o Bernardo. Przecież mi pomaga, więc jest zamieszany. Jest moim przyjacielem. Ty też możesz znaleźć się w tarapatach i to wraz  z żon ą.
                - Wiem, że podziękujesz mi.
Nie czekając na odpowiedź de la Vegi, Antonio opuścił jego sypialnię. Alejandro zastanawiał się, co ukrywa jego syn i jaka to straszna tajemnica, że boi się jej ujawnienia.  Zdał sobie sprawę, że to jeszcze bardziej ich oddala od siebie, a jego dziecko jest sam ze swoimi problemami. Postanowił poznać prawdę za wszelką cenę i nie zależnie co Diego zrobił, będzie go kochał i wspierał.
                Valesco wraz  z żoną przed ruszeniem do Madrytu, przyszedł pożegnać się z młodym de la Vegą. Uścisnęli się i Diego życzył im udanej podróży. Panowie mimo niedawnej kłótni, zachowywali się przyjaźnie. 
                Minęło półtora roku. Alejandro nie wydobył żadnych informacji z Diego. Starał się być jak najżyczliwszy wobec syna, ale nie przesadzając, aby ten niczego nie zauważył.  Diego zaczął interesować się sprawami hacjendy. Sporo czasu spędzał na grzbiecie Tornado, aby utrzeć nosa komendantowi.  Po powrocie z akcji przez kilka dni chodził radosny, a następnie znowu popadał w apatię.
                Antonio po powrocie odwiedził hacjendę de la Vegów Wraz z przyjacielem zasiedli w salonie, aby spokojnie porozmawiać. Nie wiedzieli, że  żądny wiedzy don Alejandro stanął przy uchylonym oknie. Chciał wreszcie poznać prawdę. Nastawił uszu i zaczął nasłuchiwać.
                -  Miło powrócić do Kalifornii.  Jest tutaj przyjemniej niż w Madrycie. Polubiłem tutejszy spokój.
                Caballero uśmiechnął się.
                - Chyba, że komendant zaczyna prześladować mieszkańców naszego  miasteczka.
                Antonio  był zafascynowany L os Angeles i cieszył się, że przekonał małżonkę, aby zamieszkali u jej wuja. Nalał sobie kieliszek wina i rozkoszował się jego smakiem.
                - Zgadzam się. Nie dziwię się, czemu kochasz to miejsce.  Jest cudowne i pełne uroku...  Rozmawiałeś z ojcem?
                - Nie.
                -  A więc muszę odwiedzić komendanta.
                Diego przeraził się. Chciał zaprotestować, ale Antonio nie dał mu na to szansy, widząc strach w jego oczach. Oprócz wiernego sługi, był jedynym, który widział to w oczach Zorro.
                - Nie martw się.  Próbowałem tylko zmotywować cię do działania. Dla twojego dobra. To cię niszczy.
                De la Vega odetchnął z ulgą, ale  przy okazji był poirytowany.
                - Dla mojego dobra?
                Valesco pokiwał głową z dezaprobatą.
                - Pamiętam jak na studiach cieszyłeś się z każdego zwycięstwa w zawodach szermierczych i jak nie mogłeś doczekać się chwili, gdy wszystko opowiesz ojcu. Bardzo go kochasz...
                Alejandro  słuchał z coraz uważniej. Zdziwiła go informacja o pojedynkach syna.  Antonio martwił się o przyjaciela.
                - Do tego od wypadku nie jesteś sobą.
                Diego  nagle stał się rozdrażniony.
                - Zdałem sobie sprawy, że w każdej chwili mogę zginąć i nigdy nie dorównam oczekiwaniom ojca...  Chociaż już kiedyś byłem bliski śmierci, tylko wtedy  obyło się bez większych uszkodzeń ciała.
                Zerwał się z fotela i zaczął krążyć  po salonie.
                - Boję się, że nie zdążę mu powiedzieć mu prawdy... Ale jest tak lepiej.
                Antonio pokiwał głową z dezaprobatą.
                - Nie jestem pewien. Chcesz, aby poznał prawdę od obcych ludzi? Kiedy żołnierze przyjdą po ciebie? Czy jak będziesz na szubienicy?  Jesteś pewien, że wszystko przemyślałeś?
                Diego zamyślił się na chwilę i jeszcze bardziej sposępniał.
                - Gdy pierwszy raz włożyłem maskę, myślałem  ze szybko skończę z Monastario. Bez żadnych problemów.  Miałem dużo szczęścia, że akurat przybył wicekról i to moim słowom dał wiarę. Miałem nadzieję, że  zapanuje tutaj spokój, ale pojawił się sędzia pracujący dla Orła.
                -Orła?
                Valesco był zaskoczony, słysząc  pseudonim.  Ciekawiła go historia, która za nim się kryła. Widział, że przyjaciel spiął się, na myśl o wydarzeniach z przeszłości.
                - Chciał zbrojnie przeprowadzić rewolucje w Kalifornii.  Jej centrum miało być w Los Angeles.  Przyjechał tutaj i wybrał naszą hacjendę na swoją siedzibę...
                Westchnął ciężko.
                -Chciałem walczyć o nasz dom nie zważając na grę, którą prowadziłem. Nawet sięgnąłem po szpadę.  Bernardo przekonał mnie, że to może pozwolić nam mieć na oku przybysza. Jeszcze wtedy nie wiedziałem z kim mam do czynienia. Dzięki tunelom i tajnym przejściom  zorientowałem się, że mam do czynienia z Orłem, który od jakiegoś czasu mnie interesował.   
                Roześmiał się  złośliwie.
                - Przed powrotem ojca,  wypędziłem  go z hacjendy sztuczkami lisa. Jakiś czas później prawie zginąłem w kuźni, wysadzając jego działo. Na szczęście wybuch nie spowodował żadnych poważnych  urazów. Wyciągnąłem z tego lekcję. Pamiętasz, jak opowiadałem ci przed wyjazdem o sprowadzeniu Caballeros?
                Antonio kiwnął głową
                - Oprócz wartowników nikogo nie było w garnizonie. Zostali zaatakowani przez ludzi Orła. Wiesz jak trudno było pogodzić  zadanie Zorro i Diego?
                Antonio patrzył z niedowierzaniem. Podziwiał swojego przyjaciela. Jedno pytanie  krążyło mu po głowie.
                - Czy kiedyś twój ojciec był bliski poznania prawdy?
                Ręce młodego de la Vegi zaczęły drżeć, a głos się łamać.
                - Raz... To były początki Zorro. Monastario uwięził żonę i córkę, mężczyzny uznanego za zdrajcę, który uciekł. Caballeros  łącząc siły, postanowili uwolnić obie panie przy pomocy przemocy. Wiedziałem, że to może przynieść samo nieszczęście. Prosiłem ojca, aby nie jechali. Nie słuchał mnie. Zostałem w domu, aby ruszyć jako Zorro...  Podczas walki w garnizonie ojciec został postrzelony.
                Diego z nerwów uderzył w stół. Nie trzeba było być dobrym obserwatorem, aby zauważyć jaka złość i bezradność biła od mężczyzny.
                - Udało nam się uciec. Był moment, że chciał, abym go zostawił i sam uciekł. Nie zrobiłbym tego wobec obcego człowieka, a tym bardziej wobec ojca... Zanim stracił przytomność, zdradził że  czuł, iż po zerwaniu maski ujrzałby moją twarz... Bałem się, że będzie starał się zerwać mi maskę. Nie chciał tego robić...
                Starał się uspokoić.
                - To jedyny raz, kiedy  zdradził się, że mnie podejrzewa.
                Alejandro  od dłuższej chwili  stał z przerażeniem przy oknie. Nie mógł się ruszyć. Był w ogromnym szoku. Usłyszał, że Diego to Zorro.  Do tej pory myślał, że  gdy walczył o życie, uciekając przed żołnierzami, jego syn bawił się w najlepsze.  W tamtej chwili dowiedział się, że to on go ratował.  Wiele razy miał go za tchórza, a  za każdym razem miał przed sobą stratega.  Jego duma wzrosła. Nagle zdał sobie sprawę,  ile razy Diego był narażony na niebezpieczeństwo. Będąc ze wszystkim sam.
                Odszedł od okna i usiadł przy stoliku. Po chwili przy nim zaczął się kręcić Bernardo. Pokazał mu, aby przyniósł coś do picia. Służący zauważył, że caballero jest blady. Przyniósł wina z salonu. Starszy mężczyzna miał mętlik w głowie. Nawet nie zauważył, kiedy Valesco opuszczając ich domostwo, mijał go. Bernardo pokazał swojemu przyjacielowi, oraz panu, że coś się dzieje z don Alejandro. Diego wyszedł na dziedziniec i stanął przy rodzicielu.
                - Czy coś się stało ojcze?
                Nie odpowiedział. Patrzył przed siebie. Dopiero gdy został potrząśnięty, odezwał się  sztywno.
                - Nic takiego.
                Młodzieniec nie rozumiał jego zachowania. Postanowił go obserwować. Alejandro był sprytniejszy i wysłał syna do miasta po sprawunki. Chciał zostać na chwilę sam. Musiał wszystko przemyśleć. Jako dziecko poznał wszystkie tajne przejścia w hacjendzie, ale z czasem przestał się nimi interesować i z czasem zapomniał o nich, teraz przypomniał sobie o istnieniu takich miejsc.
                Przeszedł do biblioteki i zaczął ją przeszukiwać, ale nie mógł znaleźć przejścia. Zajęło mu to godzinę i był rozczarowany rezultatem. Następnie przeniósł się do salonu. Zajrzał do  szafy i przez przypadek poruszył figurką. Otworzyły się tajne drzwi.
                Wszedł do korytarza  i odnalazł kolejne wejścia do posiadłości.  W pomieszczeniu, przy pokoju syna  znalazłem biurko, a w nim szkatułka z orlimi piórami. Zszedł korytarzem niżej. Dostał się do jaskini, gdzie w zagrodzie stał czarny ogier. Rozejrzał się i wrócił do biurka. Znalazł tam przebranie. Wziął w ręce czarną koszulę i stał w szoku. Dopiero zaczęło do niego docierać, że to prawda.
                Gdy Diego i Bernardo wrócili, zastali don Alejandro w bibliotece. Wyglądał jakby spał. Młody caballero skinął na służącego, a gdy  ten zbliżył się, powiedział.
                -Martwię się o ojca. Zanim wyszliśmy, nie wyglądał najlepiej. Teraz na szczęście śpi. Zastanawiam się, co wyprowadziło go z równowagi.
                Bernardo  zaczął coś pokazywać. Był uważnie obserwowany  przez swojego  pryncypała.
                - Myślisz, że to moja wina?...
                Diego wyglądał na zmartwionego, ale uważnie odczytywał słowa.
                - Że od czasu mojego wypadku martwi się o mnie? Zauważył  moją zmianę nastroju?
                Przekręcił delikatnie głowę i przytaknął.
                - Możesz mieć rację. Chyba czas szczerze z nim porozmawiać. Ale nie wiem jak to rozegrać.
                Służący znowu zaczął mu coś tłumaczyć.
                -Masz rację. Lepiej jeśli okażę skruchę. Przyniosę koc.
                Służący pokręcił głową.
                - Lepiej go obudzić?
                Przytaknął. Starszy mężczyzna tak naprawdę nie spał. Poznał kolejną tajemnicę syna. Jego służący był tylko niemy i cały czas słuchał. Zdał sobie sprawę, że  to doskonałe źródło zdobywania informacji.  Nikt podejrzewał i nie będzie zwracał uwagi na głuchoniemego. Postanowił zaczekać i porozmawiać następnego dnia. Udał, że się obudził, oraz okazał zaskoczenie na jego widok.
                 Zasiedli do kolacji, a po posiłku Diego udał się do siebie, tłumacząc się bólem głowy. Półgodziny później Alejandro zszedł do jaskini. Tornardo nie było w zagrodzie, co oznaczało, że Zorro ruszył w ciemną noc, aby chronić mieszkańców Los Angeles.  Wtedy zaskoczył go Bernardo. Służący przestraszył się.
                - Spokojnie Bernardo. Od dzisiaj wiem, ale nie mów mu. Sam z nim porozmawiam...  Nie ufa mi.
                Caballero był rozgoryczony
                - Dlaczego nie ufa mi?... Jestem aż tak złym ojcem? Aż tak zawiodłem  syna?
                Usiadł pod ścianą i ukrył twarz w dłoniach. Bernardo chciał pocieszyć mężczyznę , ale nie wiedział jak. Tylko delikatnie poklepał go po plecach.  Alejandro miał mętlik w głowie.  Zdał sobie sprawę jak zawiódł Diego. Zamiast wspierać go, wyrzucał mu, że nie zachowuje się , tak jak on by chciał. Zdał sobie sprawę, że powinien zaufać własnemu przeczuciu i zdać sobie sprawę, co się dzieje. był zły na siebie, że nie zauważył co robi Diego, oraz kim naprawę jest.
                Po jakimś czasie zdał sobie sprawę, że powinien opuścić kryjówkę zamaskowanego banity. Udał się do sypialni, ale nie położył się spać. Siedział na krześle i nasłuchiwał. odetchnął z ulgą, gdy usłyszał hałas w pokoju syna.  Następnie ułożył się wygodnie na łóżku i po godzinie zasnął.
                Rankiem wstał i odbył poranną toaletę.   Następnie zszedł do salonu i usiadł przy stole, ale chwilę pomyśleć. Wiedział, że do południa nie powinien zobaczyć syna. Pomylił się. Parę minut po nim pojawił się Diego, który przyjrzał się rodzicowi.
                - Dzień dobry ojcze. Widzę, że źle spałeś.
                Wyglądał na zmartwionego.
                - Miałem coś do przemyślenia. A ty co tak wcześnie na nogach, jak na ciebie?
                Zmieszał się. Spuścił na chwilę oczy.
                - Chciałem z tobą porozmawiać.
                Alejandro przeniósł się na fotel i poczekał aż syn stanie przed nim.
                - Słucham cię uważnie.
                Uśmiechnął się, a Diego był zdenerwowany. Jego głos drżał z nerwów.
                - Muszę ci się przyznać do jednej rzeczy. Wiem, że  swoim zachowaniem zawiodłem cię ojcze. Chciałem ci powiedzieć, wytłumaczyć się...
                Alejandro nie mógł patrzeć jak jego syn zaczyna się plątać i przerwał mu.
                - Wiem o czym chcesz mi powiedzieć.
                - Pomyśl, że...
                Młody caballero zamarł w połowie zdania i z niedowierzaniem.
                - Wiesz?
                - Tak. Podsłuchałem wczoraj twoją rozmowę z don Antonio....
                Diego spuścił głowę, słuchając uważnie rodziciela.
                - Nie rozumiem tylko, dlaczego mi nie powiedziałeś od razu? Dlatego ukryłeś, że narażasz życie. Dlaczego nie zaufałeś mi?
                W jego głosie było słychać gorycz. Młody caballero postanowił zaprotestować.
                - To nie tak ojcze. Chciałem cię chronić. Nawet nie wiesz, jak ciężko było cię okłamywać. Gdy dostałem list od ciebie, nie wiedziałem co się dzieje w Los Angeles.
                - Więc kiedy narodził się pomysł, aby włożyć maskę?
                - Na statku, po ostatnim pojedynku z kapitanem. Od niego usłyszałem, co się tutaj dzieje. Postanowiłem grać miłośnika literatury, niechętnego do walki, a nawet nieumiejącego walczyć. Oficjalnie wróciłem, ponieważ nie radziłem sobie z szermierką. Kazałem Bernardo wyrzucić moje trofea.  Dobrze zrobiłem. Po przyjeździe przeszedłem dokładną rewizję. Jak Tornado był źrebięciem, nauczyłem go sztuczek, a po powrocie stał się odpowiednim dla mnie rumakiem. Bernardo też chciał coś odgrywać  przedstawienie, więc zaczął udawać głuchego . Dzięki temu zdobył wiele informacji.
                Zamyślił się, ale po chwili wrócił do swojej opowieści.
                - Stwierdziliśmy, że lepiej jak najmniej  osób wiedziało o tym co robię. Monastario połączył fakty i prawie mnie zdemaskował. Antonio rozpoznał styl walki Zorro, ponieważ pojedynkowaliśmy się w trakcie studiów.
                Alejandro złapał się za głowę, był wstrząśnięty.
                - Ale ja przez tyle czasu nie zorientowałem się. Chociaż na początku miałem pewne podejrzenia, które uznałem za marzenia.          
                Młody mężczyzna  sposępniał, a ręce zaczęły mu drżeć, tak jak głos.
                - Wiem ojcze. Pamiętam dzień, gdy zostałeś ranny. Strach o twoje życie... Najgorzej, że  podejrzewałem co może się zdarzyć i nic nie mogłem zrobić... Pamiętam  chwilę, gdy kula cię trafiła.
                Był przerażony, tamto  wspomnienie nie dawało mu spokoju. Próbował się uspokoić.
                - Kocham cię.
                Starszy caballero był wzruszony.
                - Wiem. Ja ciebie też kocham. I przepraszam za wszelkie wyrzuty i nieprzyjemne słowa, jakie ode mnie usłyszałeś.
                -Zasłużyłem.
                Alejandro wstał  i podszedł do Diego, który nadal miał spuszczona głowę, złapał go  delikatnie za żuchwę i podniósł ją.
                - Nie zasłużyłeś. Jesteś moim synem. De la Vegą. Jestem z ciebie dumny. Tak jak wtedy, gdy sprowadziłeś pomoc. Nie chodzi mi o działania Zorro.  Tylko twoje pokojowe dążenie do rozwiązywania konfliktów, oraz  umiejętności  negocjowania...
                Uśmiechnął się, aby rozluźnić atmosferę.
                - Oddaliliśmy się od siebie, ale od teraz żadnych tajemnic. Nie ważne co zrobisz, będziesz moim kochanym synem.
                Spojrzał mu głęboko w oczy, a po chwili padli sobie w ramiona. Już dawno powinni  przeprowadzić tą rozmowę. Wszelkie nieporozumienia zniknęły raz na zawsze. Teraz senior  rodu mógł  cieszyć się w pełni z powrotu swojej latorośli ze studiów. Diego pokazał wszystkie tajne przejścia i całą jaskinię. Alejandro  zdradził, że zwiedził to poprzedniego dnia, ale odkrył wiele nowych rzeczy, których nie spostrzegł poprzednio. Zorro  zaczął wtajemniczać ojca w swoje plany. Okazało się, że jest cennym doradcą i sojusznikiem.
                Diego zaczął interesować się  rodzinnym majątkiem. Alejandra cieszył czas spędzony  ze swoim dzieckiem. Spokój zawdzięczali  don Antonio Valesco, przyjacielowi młodego caballero z Hiszpanii, oraz wypadkowi podczas jego wesela.  Mężczyzna wraz z rodziną byli mile widziany w hacjendzie de la Vegów. Pomagał ukryć nieobecność przyjaciela, gdy ten działał. Diego mógł odetchnął.

                Dwa lata później odwiesił  szpadę, oraz maskę. Mógł  pomyśleć o założeniu rodziny i spełnić pragnienia rodzica.  Poślubił donnę Rosaritę Cortez, przyjaciółkę z dzieciństwa. Rok po ślubie na świat przyszły bliźniaki,  Wictoria i Alejandro. Dumny dziadek był szczęśliwy patrząc na swoją rodzinę, która wiodła spokojne życie.

Koniec